Misje Święte (22 – 29 marca)
– ks. Piotr Czarniecki

.
.
1. Wyjść z grobu do życia – niedziela, kazanie na rozpoczęcie misji

6. Kazanie – czwartek

Umiłowani w Chrystusie Panu, czcigodni bracia kapłani z księdzem dziekanem, proboszczem waszej wspólnoty, na czele, koncelebrujący ze mną księże Krzysztofie, księże Damianie, i wy, drodzy bracia i siostry, kochani małżonkowie z dziećmi – patrzymy na krzyż. Patrzymy na Serce Zbawiciela i odkrywamy to, do czego Bóg nas zaprasza. Pytanie: na ile my na to zaproszenie odpowiadamy, na ile chcemy z tego skorzystać? Ten czas szczególny rozpoczęliśmy od spojrzenia na początek naszego życia, kiedy przez dar chrztu świętego Bóg nas zrodził dla wiary. Tej wiary uczy nas albo jak Martę, albo jak Marię, a może potrzeba też było wskrzeszenia naszej wiary, tak jak w przypadku Łazarza, bo to, co na nas czyha, to grzech. Oskarżyciel jest tym, który chce ciągle to życie Boże w nas zniszczyć. Ale kiedy położymy nadzieję w Bogu, będziemy mieli pragnienie Boga, pragnienie nieba, życia dla Królestwa Bożego, to przez to życie przejdziemy, kierując się Bożymi przykazaniami, słuchając słowa Bożego, a w końcu otwierając serce na to, żeby żyć miłością, tak jak Maryja i święty Józef, mówiąc Bogu „tak”, zostawiając lęki i obawy.

To doświadczenie tych dni, tak skrótowo – zawsze do tego wracam. Wiecie, ja jestem matematykiem, lubię mieć wszystko poukładane. Żebyśmy mieli perspektywę tej drogi. Kiedy otrzymaliśmy chrzest, Bóg dał nam zdolność cnót: wiary, nadziei i miłości. To wszystko jest świętością. Dzisiaj spotykamy się, patrząc na to, że Bóg zaprasza do świętości nawet w ostatniej chwili. „Dziś ze Mną będziesz w raju” – słyszy łotr, który podjął skruchę. Jeszcze ten łotr zwraca uwagę drugiemu: „Ty się Boga nie boisz?”, a czasami jest tak, że my się boimy komuś zwrócić uwagę, prawda?

Dzisiaj będziemy modlić się za zmarłych, bo moment śmierci jest najważniejszy. Zmarli już sobie pomóc nie mogą. Dlatego, tak jak wam mówiłem, czy będzie dobra pogoda, czy może deszczowa pogrzeb się odbywa, prawda? Więc i my na cmentarz pójdziemy, poradzimy sobie, od tego człowiek nie zginie. Teraz tak jak mówię – ale zobaczymy roztropnie, na co będziemy mogli sobie pozwolić o dwudziestej. Na pewno się tu spotykamy. Abyśmy nawet w tym znaku wypominek, oddali naszych zmarłych. Te kartki przyniesiecie w pewnym momencie, ale też stąd weźmiecie światło i zaniesiecie je na groby. Do tego was zaproszę. Bo zmarli sobie pomóc nie mogą, a najważniejszy moment w naszym życiu to śmierć. Czy ja, czy wy – umrzemy, prawda? Nie ma większego pewnika niż to.

Kiedyś na jednym pogrzebie mówię, że mogę już umierać. Mama potem do mnie mówi, bo była na tym pogrzebie: „Co ty tam wygadywałeś?”. Odpowiedziałem jej: „Mamo – wczoraj byłem u spowiedzi. Jeżeli mam czyste serce, no to mogę umierać. Ale wiecie, to Pan Bóg tego uczy, to nie jest proste. Pamiętam pierwsze rekolekcje w seminarium, na pewno wasi duszpasterze też to pamiętają. Miałem mocne przeżycie, bo na koniec rekolekcji odmawiamy modlitwę o śmierć szczęśliwą. Ciarki mnie przeszły. Do dzisiaj ten moment pamiętam, naprawdę. A potem, kiedy odmawiamy brewiarz, codziennie mówimy: „noc spokojną i śmierć szczęśliwą niech nam da Bóg wszechmogący”. I człowiek jakoś zaczął o tej śmierci myśleć.

Pamiętam moją babcię. Babcia to była druga żona mojego pradziadka, tak akurat się rodzina poszerzyła, ale zawsze mówiłem: babcia Stasia. Ona kilka lat przed śmiercią przyszła, chciała się ze mną spotkać. Pyta się: „Piotruś, kiedy będziesz w domu?”. I wtedy ją przywieźli. Nie chciała u siebie w domu, chciała ze mną porozmawiać twarzą w twarz. Wiecie, co ona wtedy zrobiła? Dała mi ofiarę na dwadzieścia Mszy Świętych. Mówi: „Odpraw za mnie dziesięć Mszy Świętych o szczęśliwą i dobrą śmierć, i dziesięć Mszy Świętych po śmierci, żebym szczęścia dostąpiła na wieki”. Popatrzcie, ona już inwestowała w wieczność, ona już chciała dobrej i szczęśliwej śmierci. Bracie, siostro, myślisz o tym? Modlisz się o to? Pragniesz tego? Nie wiem – wyjdę, ktoś mnie potrąci, może zasłabnę, może się nie obudzę. Nie wiem, nie znam tego momentu. A to będzie najważniejszy moment w życiu, który zdecyduje o wieczności. Możesz przeżyć sto lat, ale te sto lat w porównaniu z wiecznością to jest kropla w morzu. Ten łotr w ostatniej chwili przyznał się do Boga. My też mamy ten czas misji, żeby przyznać się do Boga, być przy Jego sercu.

Dlatego ubrałem ten ornat z Sercem Jezusa, bo na tej drodze misji jesteście tu przy Sercu Jezusa, możecie na to Serce patrzeć. Teraz, kiedy będzie ta Msza Święta, patrzcie na Serce Jezusa, bo w tym Sercu jest miłość. Popatrzcie, ta miłość, do której przyznał się łotr, pozwoliła mu na radość nieba. On uznał swoją skruchę. My też uznajemy skruchę w czasie liturgii, kiedy uderzamy się w klatkę piersiową. Może nie bijemy się, tylko uderzamy się w klatkę piersiową. Tak można trzy razy albo raz, kiedy mówimy: „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Albo można raz uderzyć, albo trzy razy. I tylko wtedy – na „Baranku Boży” już nie trzeba. Ja też kiedyś uderzałem się na „Baranku Boży”. Nie, nie trzeba. Na „Baranku Boży” trzeba patrzeć na Baranka. Jak kapłan mi pokazuje Baranka – patrz na Baranka. Uderzam się – to lepiej brzmi – po co? Bo moje serce może być jak skorupa i tę skorupę trzeba skruszyć. Po to jest ten znak w liturgii. A na „Baranku Boży” już nie trzeba kruszyć serca, tylko trzeba prosić o zmiłowanie Boga nade mną. Takie różne zwyczaje gdzieś się zalęgły, ale to przy okazji.

Skrucha w sposób szczególny potrzebna jest w naszym życiu, kiedy podejmujemy drogę przygotowania do spowiedzi. Katechizm Kościoła Katolickiego, nauczanie Kościoła, daje nam pięć warunków dobrej spowiedzi. Pierwszy to rachunek sumienia. To ważne, żeby właściwie wystartować, dokonać rachunku, czyli za dobro podziękować, za zło przeprosić. Tylko my czasami mamy taką perspektywę rachunku jako rozliczenia z grzechów. Zacznij rachunek sumienia od dziękowania Bogu za to, co dostałeś. Stajesz w perspektywie dobra, bo jak zobaczysz, gdzie dobra brakuje, to zobaczysz, gdzie jest grzech. A my, zaczynając od grzechu, mamy od razu: „znowu to zrobiłem”. Wstydzimy się, boimy się i idziemy do kratki konfesjonału z jakim doświadczeniem? Z doświadczeniem grzechu. Oczywiście trzeba przyjść z grzechem, ale przyjść do Serca, przyjść do miłości. Idę do spowiedzi po miłość. Łotr zobaczył Zbawiciela, uznał w Nim Boga, dostrzegł miłość Jego Serca i powiedział: „My słusznie ponosimy karę”. On przyznał się. Ja też mam się przyznać do tego, w czym zabrakło mi miłości. Dlatego rachunek sumienia najpierw powinien być rozliczeniem z miłości.

Prosta rzecz – wyrazem miłości jest rozmowa. Tak? Nie rozmawiałem z Bogiem, nie miałem czasu dla Niego. I z tego rodzi się grzech. Jaki? Zaniedbania modlitwy na przykład. Patrzmy na pozytywną stronę. To tak, jakbym stanął w słońcu i słońce, jak świeci na mnie, pokazuje cienie. Więc ja staję w słońcu, czyli w promieniach miłości, i patrzę, jakie są cienie mojego życia. Staję w perspektywie miłości i wtedy się rozliczam względem Boga i drugiego człowieka. I mając rachunek sumienia, widząc, co jest dobre – za to dziękuję, ale za zło przepraszam, czyli żałuję. Nie chcę już tego. Tu czasami jest problem. Pytanie, czy tak naprawdę my tego nie chcemy, czy żałujemy, bo z tego powinien się zrodzić kolejny warunek: mocne postanowienie poprawy, czyli zrywam z grzechem i tyle, nie wracam do grzechu.

Rok temu, na święta Bożego Narodzenia, byłem u mojej cioci i wujka. Akurat na śniadanie zajechałem, bo odprawiałem Mszę Świętą w ich intencji. Wujek mówi: „Pomódl się za mnie, bo chcę rzucić palenie”. Ja mówię: „Wujek, ty chcesz czy rzuciłeś? To wyrzuć papierosy do kosza. Bo mówisz, że chcesz, ale nic z tym nie robisz”. To się musi zmienić w głowie, że ja rzucam, wyrzucam narzędzia zbrodni. Mam alkohol, który prowadzi do upijania się – wylewam to. Mam środki, które służą grzechowi – wyrzucam je. Po spowiedzi usuwam narzędzia zbrodni. Jeżeli ja wracam i narzędzia zbrodni mam, to one czekają na kolejny grzech. Może pojawić się pytanie, czy spowiedź jest ważna? Czy ja mam mocne postanowienie poprawy? Pan Jezus powiedział: Lepiej odciąć rękę, lepiej wyłupać oko i ułomnym wejść do Królestwa Bożego niż z grzechem do piekła. Praktycznie, bracie i siostro, masz mocne postanowienie poprawy, że od tej pory nie będziesz krzyczał, złościł się, przeklinał, nie będziesz już palił, pił, upijał się? Masz takie postanowienie? Często sobie myślę, na ile we mnie jest to postanowienie i na ile moja spowiedź jest ważna. Bo przyjść, wyrzucić grzechy, a się nie zmienić… tak niektórzy traktują Pana Jezusa na święta, jeżeli idą z nastawieniem, że to tylko na święta, na dwa dni. To ja naprawdę się pytam: czy oni chcą się zmienić? Czy ta spowiedź jest ważna? Bo wzięli Pana Jezusa tylko na dwa dni, idą po to, żeby potem znowu Boga zostawić. To jest nadużycie. Przecież w nich nie ma mocnego postanowienia poprawy.

Zachowując te trzy warunki  idziemy do spowiedzi. Spowiedź ma być szczera. Ksiądz nie musi o nic dopytywać. Czasami ksiądz dopyta, bo ma wątpliwość, czy tam nie ma czegoś, co jeszcze gdzieś, jak to się mówi, za uszami jest ukryte. Kiedyś miałem taką znajomą. Kupiłem im grę. Ona tę grę otwiera, wyciąga, patrzy – schowała, zobaczyła swój grzech. Ta gra jej pokazała ejj grzech. Taka gra małżeńska. No i co się okazało? Są święta Bożego Narodzenia, ja dzwonię do niej, mówię: „Zrobiłaś porządki?”. „No tak”. Ja mówię: „Ale te w sercu”. „No właśnie, idę do spowiedzi”. „To wyspowiadaj się z tego”. „Jak ja to powiem księdzu, to ksiądz wyskoczy z konfesjonału” „Niech wyskoczy, lepiej żeby ksiądz wyskoczył niż żebyś ty miała świętokradzką spowiedź”. „No ale…” Ja mówię: „Nie pamiętasz?”. „A to pamiętasz?” „No pamiętam”. „No to cię ta formułka nie obowiązuje”. „Ale ja się siedem lat z tego nie spowiadam”. „To od siedmiu lat masz świętokradzkie spowiedzi i każda Komunia Święta też świętokradzka”. Popatrzcie, jaki ciężar. I człowiek sobie nic z tego nie robi. Znam inny przypadek – znajomy był ojcem chrzestnym i był Komunii. A tu spowiedzi nie było, bo żyje z dziewczyną bez ślubu. Tak naprawdę to dziecko nie ma ojca chrzestnego. To, że on tam sobie stał i trzymał świecę, ale w stanie grzechu, nie oznaczało, że był ojcem chrzestnym. Tylko chciał oszukać. Jaka perfidia. Ta dziewczyna, o której mówiłem wcześniej, poszła do spowiedzi dopiero po Nowym Roku. Ja jej pogratulowałem, mówię: „Dziękuję, że nie poszła do spowiedzi wcześniej, dopiero po Nowym Roku poszła”. Ale jak już oczyściła serce, to już tak stanęła, że teraz na Mszy Świętej czyta czytania i tak dalej, i już Komunii Świętej nie zostawia. Musiało coś rypnąć, żeby się wreszcie zmieniło.

I w końcu jest zadośćuczynienie. Zadośćuczynienie, piąty warunek, to nie jest to, że kapłan zada pokutę i tyle. Pokuta jest wyrazem osądu po tej spowiedzi i nieważne, jaka ona jest, nie stanowi o tym, że od ilości grzechów zależy pokuta. To ja sam mam podjąć zadośćuczynienie za grzechy. Na przykład trzy razy nie byłem w niedzielę na Mszy Świętej, to teraz trzy razy przyjdę w tygodniu. Na przykład kupowałem papierosy, to teraz te pieniądze, które wydałem na papierosy, dam na dom dziecka albo na leczenie chorych dzieci, bo sam do choroby doprowadzam. Szukam sposobu, żeby się naprawić. Przeklinałem kogoś, to teraz będę za niego się modlił. Szukam sposobu naprawy grzechów. To jest nam potrzebne – zadośćuczynienie, żebyśmy już do tych grzechów nie wrócili.

I mając te pięć warunków, mamy spowiedź na piątkę. I to z plusem, bo krzyżyk dostajemy. Ale trzy warunki są bardzo ważne: żal za grzechy, szczera spowiedź i zadośćuczynienie. Te trzy warunki kapłan ma rozeznać. No, trudniej zadośćuczynienie, bo to już od penitenta zależy, jak odchodzi. Kapłan udziela rozgrzeszenia, ale to, że udzieli komuś rozgrzeszenia, nie znaczy jeszcze, że to rozgrzeszenie zaistniało. Rozgrzeszenie zaistnieje w sercu, kiedy człowiek ma żal za grzechy, spowiedź była szczera i podejmuje zadośćuczynienie. A jeżeli tego człowiek nie robi, to spowiedź może być nieważna. Na przykład, dajmy na to, ktoś się spowiadał, powiedział, że kwestia związku z dziewczyną – że teraz nie mieszkają razem. „Jak teraz?” „No bo po świętach wrócimy, bo mieszkamy za granicą”. Aha, czyli tego nie chcesz zmienić. Ty wrócisz do grzechu, czyli w tobie nie ma mocnego postanowienia, nie ma żalu, nie chcesz podjąć zadośćuczynienia. Twoja spowiedź jest nieszczera, bo ksiądz musiał się dopytać. Taki wymyślony przypadek podaję żeby pokazać, co człowiek robi z sakramentu – jeszcze próbuje Pana Boga oszukać.

Dlaczego o tym mówię? Żebyśmy sobie zdali sprawę, że trzeba nam tej skruchy, którą miał łotr, żebyśmy byli w raju, żebyśmy tego raju doświadczali. Spowiedź to nie jest zabawka, a rozgrzeszenie wymaga mojej dyspozycji serca do przyjęcia łaski i stanięcia do walki przeciw grzechowi. Nie kombinowania, nie oszukiwania, tylko uznania, że w Bogu jest moje zbawienie. Żeby nie było za późno. Dlatego, myśląc o tym, bracia i siostry, myślimy już o wieczności, bo przyjdzie moment rozliczenia się z tego życia.

Wiecie, co jest dla mnie najtrudniejsze? Kiedy w momencie śmierci niektórzy sobie przypominają, że trzeba księdza zawołać. A jak ktoś umarł, to jest za późno. To już za późno. Namaszczenia chorych nie udziela się, kiedy ktoś już umarł. Namaszczenie chorych jest potrzebne, kiedy ktoś się zmaga z cierpieniem, walczy, ta choroba zmierza do śmierci – już wtedy trzeba księdza zawołać. Wiecie, co jest dla mnie zawsze dziwne? Jak na przykład szedłem do chorego i w domu nagle ktoś wychodzi z pokoju. Ja mówię: „Zapraszam, razem się pomódlmy. Pan Bóg przyszedł do waszego domu”. Oczywiście wyproszę, bo spowiedź musi być indywidualna, ale jeżeli chodzi o moment wspólnej modlitwy, to Pan Jezus przyszedł do domu. I tu nikt nikomu nie przeszkadza. No, trudne to są momenty. A zwłaszcza kiedy ktoś sobie nagle przypomina przy śmierci, że potrzeba namaszczenia. Wiecie, co jest najważniejsze w tym momencie? Przyjąć Jezusa. Komunia Święta.

Proś, bracie i siostro, żebyś umierając był w stanie łaski uświęcającej, a nawet żeby ci kapłan podał Pana Jezusa. Kiedyś byłem w szpitalu, zastępowałem kolegę, szedłem po salach i nagle pielęgniarka przychodzi: „Proszę księdza, pan Edziu umiera. Może ksiądz podejść?”. Udzieliłem mu sakramentów. Oczywiście był już w stanie kiepskim. I chcę podać Pana Jezusa. Wiecie, podając Pana Jezusa, ona mówi: „Proszę księdza, ale on nie przyjmie, bo od tygodnia dostaje pokarm sączkami i tak dalej”. Mówię: „Siostro, tu trzeba wiary”. I słuchajcie, ja mówię: „Ciało Chrystusa”, a on otwiera usta, przyjmuje Jezusa. Ona się rozpłakała. Mówię: „Siostro, wie siostra dlaczego to? Żeby siostra poszła do spowiedzi i przyjęła Jezusa za pana Edzia”. Na drugi dzień dowiaduję się, że umarł. Piękna śmierć. Przyjął Ciało Jezusa w momencie śmierci. To jest najważniejsze. To jest pokarm na drogę, wiatyk. Kapłan udziela Komunii, mówi: „Ciało Chrystusa. Amen. Niech cię strzeże na życie wieczne. Amen”. Ostatni pokarm na drogę do nieba.

Módl się, bracie i siostro, o to, żebyś odchodził z tego świata z Panem Jezusem w sercu. To jest najważniejsze, bo my często skupiamy uwagę na czymś innym. Jeszcze mówimy: „bo namaszczenie trzeba”, i sobie nagle przypominamy. A przyjdzie moment śmierci. Jak Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, czekają nas sprawy ostateczne: śmierć – no to już mówiliśmy – potem jest sąd szczegółowy, a na końcu świata będzie sąd ostateczny i dwa rozwiązania: niebo i piekło. Jeżeli ktoś umiera w grzechu, idzie do piekła. Jeżeli ktoś umiera w stanie łaski, idzie do nieba. Ale jeżeli się wyspowiadał, to spowiedź gładzi winę i karę wieczną, czyli taka osoba już nie idzie do piekła, ale zostają kary doczesne. I teraz z tymi karami doczesnymi, idąc do nieba, muszę wstąpić do czyśćca, żeby za te kary doczesne odpokutować. Na przykład krzyczałem na żonę, to tam teraz będę odpokutowywał. Ale mogę sobie czyściec skrócić.

W jaki sposób? Pierwszy – częsta Komunia Święta, jak najczęstsza. Czym częściej jestem u Komunii Świętej, tym czyściec krótszy. Uczynki życia chrześcijańskiego: modlitwa, post – jutro jest post, może w czasie misji warto ten post ofiarować jako wynagrodzenie za swoje grzechy; jałmużna – dać coś z siebie, o tym też mówiliśmy. Macie też sposobność wesprzeć panią, która straciła swój dom. Uczynki miłosierdzia co do duszy i co do ciała – mamy siedem jednych i siedem drugich. Głodnych nakarmić, spragnionych napoić, zmarłych grzebać – to te co do ciała. A co do duszy? Grzeszących upominać, nieumiejętnych pouczać, modlić się za żywych i umarłych. Tam jest po siedem. Warto sobie przypomnieć – praktykowanie tych uczynków gładzi nam karę czyśćcową. I w końcu mamy odpust, odpusty, które – jak to mówimy – zbieramy. Z racji tych misji w niedzielę też będzie szansa przyjąć odpust. Jeżeli ktoś tego nie zrobił, to jest szansa przyjąć go za siebie.

W ogóle kapłan, w momencie kiedy ktoś umiera, ma władzę od Stolicy Apostolskiej, że może udzielić odpustu zupełnego. Czyli w momencie śmierci, jeżeli ci kapłan udzieli odpustu zupełnego, wszystkie kary są darowane – idziesz z czystym kontem, mijasz czyściec, idziesz do nieba. Dlatego nawet jakby przy twojej śmierci był ksiądz, który został zawieszony, czyli – jak to mówimy – eksksiądz, to w tym momencie, gdy ktoś umiera, on może rozgrzeszyć. Popatrzcie, jak ważna jest śmierć. I ten moment wykorzystał łotr. Słyszeliście pierwsze czytanie – węże kąsały, kąsały na śmierć, ale kiedy popatrzył już nie na węża, ale na Jezusa, dostąpił uzdrowienia, zbawienia na wieki. Łotr popatrzył na Serce Zbawiciela, przyjął Jego miłość.

„Dziś ze Mną będziesz w raju”. Łatwo się nam pisze na nagrobku „świętej pamięci”, ale pytanie, czy nasze życie jest święte. Popatrzcie, nieraz jest tak, że ktoś drugiego zwyzywa, będzie szalał, jak się upije i tak dalej, a potem mu „śp.” piszą na grobie. Jak Boga miał za nic, to może warto to zweryfikować. I może wreszcie ktoś zrozumie, że samo „śp.” na nagrobku nie jest nagrodą, bo tak przywykliśmy do tego. Warto tę świętość już zobaczyć. Tak jak łotr, który nawet zwrócił uwagę drugiemu: „Ty się Boga nie boisz?”. Bo my mamy takie tradycje już wyświechtane. Może wreszcie, jakbyśmy zaczęli zwracać na to uwagę, to ktoś by sobie przypomniał, że jednak nie robi tak, jak trzeba.

Bracie, siostro, chcemy się modlić za siebie o dobrą śmierć. Chcemy się modlić za tych, którzy już przekroczyli próg śmierci, a zwłaszcza za tych, którzy umierali w grzechach, żeby jeszcze przed śmiercią ich uratować. Jest takie bractwo ratowania dusz od potępienia wiecznego, zwłaszcza gdy ktoś umiera w grzechu i zaprzepaszcza sobie szansę na życie wieczne. Sami podejmijmy skruchę i ze skruchą przylgnijmy do Serca Zbawiciela, przyjmując dzisiaj dar Komunii Świętej, prosząc o dobrą śmierć i polecając naszych bliskich zmarłych. Oni czekają na dar Komunii Świętej. Może postawisz na grobie kwiaty, znicze, ale zmarła dusza czeka na twoją Komunię Świętą. To jest najcenniejszy dar, który jesteś w stanie dać zmarłemu, pamiętając też o swojej śmierci. A przyjmując rozgrzeszenie, przyjmujesz wolność od śmierci wiecznej, którą sprowadza na twoje życie grzech.

„Witaj, nasz Królu i Zbawicielu, Ty sam zlitowałeś się nad grzesznymi, zlituj się również nad nami”. Amen.

7. Kazanie – piątek

Umiłowani w Chrystusie Panu, czcigodni bracia kapłani z księdzem dziekanem, proboszczem tej wspólnoty, na czele, i wy, drodzy bracia i siostry, przychodzi nam popatrzeć może już z innej perspektywy. Rano inaczej, teraz inaczej. Rano byliśmy przed Drogą Krzyżową, teraz po Drodze Krzyżowej. Ale to nieważne, z której strony, tylko w jakim kierunku, bo w tym znaku jest nasze zbawienie.

Tak jak do was przywiozłem krzyż z poprzednich misji, które miałem ku Sercu Bożemu, a wasza parafia też jest przy Sercu Bożym, tak wziąłem do ręki ten krzyż. Nie wiem, może do kolejnych misji. Skoro Jezus mówi o swoim dziele, to dzieło to dokonało się na krzyżu. W tym dziele mamy swój udział przez dar chrztu świętego. I za ten chrzest dziękowaliśmy w niedzielę, przyjęliśmy pokropienie wodą święconą. I z tego dzieła: męki, śmierci i zmartwychwstania, które staje się naszym udziałem w momencie chrztu świętego, rodzi się wiara, kiedy możemy Bogu zaufać. O tę wiarę mają dbać rodzice i chrzestni, abyśmy w tej wierze dorastali.

Wiemy, że jest ten, który nas będzie oskarżał – demon, szatan, diabeł – i on będzie chciał to zniszczyć. I robi to bardzo sprytnie, wciągając nas w swoje zakusy, sprowadza nas na drogę grzechu. Ale to nie problem, bo dostajemy kolejną zdolność – nadzieję. Jest nadzieja zbawienia, jest nadzieja na niebo, na Królestwo Boże. Wystarczy tylko przy kratkach konfesjonału uklęknąć, aby tę nadzieję odzyskać, to pragnienie mieć na nowo. I idąc przez życie, żyć miłością na wzór Maryi i Józefa, oddając się Bogu na całego.

I mając to doświadczenie chrztu, tych darów: wiary, nadziei, miłości, wiemy, że jesteśmy na drodze świętości, za co też wczoraj dziękowaliśmy, mając łotra, który w ostatniej chwili przyznał się do Boga. I tej świętości pragnęliśmy dla siebie, modląc się także za własną śmierć, bo przyjdzie nam przejść z tego świata do wieczności. Ale o pełnię szczęścia w tej świętości prosiliśmy też wczoraj dla zmarłych, bo pragnęliśmy dla nich tego szczęścia już na wieki.

Ale to wszystko, bracia i siostry, dokonuje się w znaku zbawienia, przy którym mogliście te dni tu spędzić, podchodzić do tego znaku, całować go, adorować, odkrywać go, przytulać się, po prostu zawierzać w nim swoje życie. Ten znak wzięliście też do swoich dłoni, tak jak wam powiedziałem. On jeszcze z nami pozostaje na jutrzejszy wieczór, na niedzielną procesję palmową, czy później podczas Gorzkich Żali, czy nawet jak będziecie mieli obiad w niedzielę, to żeby leżał na stole, bo on gromadzi nas.

Może tutaj różne kwestie były – kto budował ten kościół, kto nie budował, tu taki, tu taki, tu lepiej, tu gorzej – nie. Jest jeden znak, jedna wiara. Trzeba zostawić to, co jest złym wspomnieniem, dziękować za dobre wspomnienie, gdzie się zrodziła wiara, gdzie ta wiara jest pielęgnowana. Zrodziła się na przykład w jednym kościele, tu jest teraz pielęgnowana – tylko dziękować Bogu, iść tą drogą, nie rozróżniać, nie dzielić, nie być jak ci, którzy właśnie chcą stanąć pod krzyżem albo od niego odejść. Będzie walka zawsze. Obyśmy tę walkę wygrywali w znaku krzyża.

Słyszeliście: prorok rzekł – „Słyszałem oszczerstwo wielu, trwoga dokoła: donieście, donieśmy do niego”. I na was będą donosić, i na mnie będą donosić: „Co ten ksiądz gada? Czego on chce?”. I z was się będą wyśmiewać. Ale nie bójcie się. Z Jezusem stańcie do walki, ale z miłością. Prorok co mówi dalej? „Ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz, dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą”. Może tak będzie po tych misjach, że to życie się naprawdę zmieni. Ktoś powie: „Co ty teraz taki jakiś dziwny jesteś, modlisz się, do kościoła chodzisz, spowiadasz się?”. Powiedz wreszcie: „Jestem normalny. Wreszcie zrozumiałem, że mam wiarę, którą mogę żyć, nadzieję, z którą mogę iść przez życie, miłość, którą mogę okazać Bogu i tobie. Chcę być święty. Chcę, żeby kiedyś na moim grobie napisali «świętej pamięci» i żeby to była prawda. A ty jesteś nienormalny, bo popatrz, co robisz. Żyjesz w grzechu i Boga masz za nic”.

Nie bać się. Jezus się nie bał, oddał życie za nas, nie pytał się, czy chcemy. Popatrzcie: dzisiaj w Ewangelii słyszymy, jak chcą Go ukamienować, jeszcze mają do Niego jakieś zastrzeżenia. A Jezus mówi: „Jak już Mi nie wierzycie, to patrzcie na moje dzieła”. Jeżeli już nie wierzysz, to popatrz na krzyż. Pokaż krzyż tym, którzy jeszcze nie wierzą. Może są tacy pod twoim dachem. Pokaż mu krzyż. Jak chce krzyczeć, wyciągnij krzyż, pokaż: „To krzycz teraz, przeklinaj na krzyż. Chcesz pić? Proszę bardzo, tu jest krzyż, teraz spróbuj”.

Wiecie, kiedy kapłan na egzorcyzmie wyciągał krzyż, demon się wściekał. Chcesz uderzyć? Uderzysz Jezusa. Może tak trzeba. Ksiądz prałat, ksiądz Marian, na egzorcyzmie, jak demon wytrącił mu krzyż z ręki… Ja go widziałem najbardziej zdenerwowanego. Nieraz się zdarzyło, że gdzieś tam demon przez tę osobę uderzył mu w rękę i krzyż wyleciał. Po prostu chciał mu wytrącić krzyż. No trzeba tam zawsze trzymać, nie pozwolić. I wyobraźcie sobie, że wtedy ksiądz prałat krzyżem do pleców – i jęk, krzyk, jazgot. Demon nie lubi krzyża, bo tu został pokonany, w znaku krzyża.

Popatrzcie, oni nie lubią Jezusa, oni Jezusa się boją. A ja – czy lubię Jezusa? Kocham Go? Czy chcę właśnie powiedzieć, że Jezus jest mi niewygodny, bo trudno iść do spowiedzi? A przecież w spowiedzi kapłan w znaku krzyża mnie rozgrzesza. To Jezus mnie rozgrzesza. Kiedyś taki był konfesjonał, że jak ktoś klękał, to na kratkach był krzyż i klękał przed krzyżem. Wiadomo, tam z drugiej strony kapłan, który go rozgrzesza, ale ta świadomość: klękam wobec Jezusa. Nie wiem, czy słyszeliście taką historię, kiedy ktoś się spowiadał, przyszedł z grzechem i ten ksiądz mówi: „Słuchaj, jak jeszcze raz ten grzech popełnisz, to ja ci nie dam rozgrzeszenia”. I ten się starał, starał, dwa tygodnie minęły, przychodzi: „Proszę księdza, ale nie dałem rady, znowu ten grzech”. „Słuchaj, jeszcze jedna szansa, bo do trzech razy sztuka”. Nie minęło dwa tygodnie, wraca: „Proszę księdza, znowu ten grzech”. „Słuchajcie, nie dam rozgrzeszenia”. A naprzeciwko wisiał krzyż i z tego krzyża ręka w stronę księdza, palcem: „To nie ty rozgrzeszasz”. I do dzisiaj ta ręka w tym krzyżu tak wskazuje temu księdzu: nie ty rozgrzeszasz. Jezus zbawia. W znaku krzyża dokonuje się ofiara krzyża.

Kapłan czyni znak krzyża nad darami chleba i wina – to jest ofiara krzyża, Ciała i Krwi przelanej dla nas z miłości. A niektórzy nie potrafią się nawet przeżegnać – od czoła przez klatkę piersiową po ramiona. Piękny znak krzyża. Przepraszam, ja czasami nawet się czepiam przy Komunii, że ktoś klęka albo w drodze do konfesjonału się żegna. Ja mówię: „Proszę się przeżegnać, bo od tego się zaczyna sakrament – w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Spokojnie, mnie się nie śpieszy. A jak ktoś za tobą się denerwuje, to poczeka. Uklęknij i przeżegnaj się”. W znaku krzyża rozpoczyna się sakrament.

A nieraz bywa tak, że ktoś boi się krzyż przyjąć, bo jak dostanie krzyż, to będzie chorowanie, cierpienie, śmierć”. To ja się pytam: z jakiej ty jesteś wiary? Przecież to jest znak zbawienia, to jest znak szczęścia. Nie ma piękniejszego znaku. A niektórzy mają słoniki na szczęście, drzewka szczęścia, jakieś amulety, dzwoneczki, feng shui, łapacze snów, nie wiem, co jeszcze mogą mieć w domach. Akurat jak w Przeworsku posługiwałem jako wikariusz, widziałem, że ludzie mieli słonie na szczęście. I nawet szczerze mówiąc, jak już wchodziłem do domu, to przede mną chowali, bo „idzie ksiądz”. A przecież słoń, który ma trąbę do góry, zwany słonikiem szczęścia, to jest w Indiach bożek śmierci. Czyli ktoś ci daje śmierć na szczęście. Ci, którzy to powyrzucali, potem dziękowali: „Proszę księdza, nasze życie się zmieniło, bo mieliśmy bombę w domu”. „Proszę księdza, ale ja w to nie wierzę, ale dostałem w prezencie”. Ja mówię: „Dobrze, to ktoś ci tu zostawi łajno to powiesz: proszę księdza, to nie śmierdzi”. Przepraszam za porównanie.

W naszym domu chrześcijańskim ma być krzyż, obraz Matki Bożej. I to w głównym miejscu, nie gdzieś tam w korytarzu. Może w czasie tych misji warto zrobić nawet miejsce dla krzyża, nie dla telewizora. Krzyż ma wisieć w głównym miejscu, żebyśmy zawsze patrzyli na Jezusa, dbali o dobro, a od zła uciekali. Pod tym krzyżem się przepraszali. Może to czas, żeby w niedzielę właśnie przy obiedzie uklęknąć przy tym krzyżu, który położycie na stole, wziąć go do ręki i przeprosić. Przeprosić żonę, przeprosić męża za krzywdy, za złość, za gniew, za bunt, za ciche dni, za alkohol. Przeprosić dzieci.

Moi rodzice, jak się przy nas przepraszali, to była największa szkoła. Wiecie? Pokłócili się, zdarzyło się, ale przynajmniej się przeprosili. I to chyba było dla nas ratunkiem, że słyszałem słowo „przepraszam” od taty, od mamy, widziałem pocałunek, przytulenie. Były trudne dni, ale było rozwiązanie. I może to trzeba wszystko rozwiązać pod znakiem krzyża. Dlatego stańcie pod tym znakiem w swoim domu, zwłaszcza w niedzielę, kiedy przyjdziecie z Mszy Świętej i z Jezusem w sercu przeproście się, pojednajcie. A może trzeba zadzwonić do kogoś, kto potrzebuje tego gestu. Bo można wziąć kamienie i ukamienować Jezusa, a można Go przyjąć i być przy Jego sercu, i z Nim zwyciężać szatana.

Może to czas, żeby zrobić w domu porządek, zobaczyć, co na naszych meblach jest, na ścianach. Kiedyś pamiętam, przepraszam, byłem u jednego księdza i na ścianie miał papirus z Egiptu. Mówię: „Księże, my mamy Pismo Święte, papirus to jest pogaństwo. My mamy obrazy świętych”. Może warto to zmienić. Byłem u jednego księdza – trochę pójdę po naszej stronie, żeby was się nie czepiać – i miał krzyż z pętelką. To jest krzyż egipski. Mówię: „Czy ksiądz wie, co to jest?”. „No tak”. „To ma ksiądz to na ścianie. Może warto to zmienić”.

Tak samo niektórzy noszą krzyż tutaj na klatce piersiowej i mają go położonego. To jest pogarda krzyża. Krzyża się nie nosi położonego, krzyż ma stać, tak jak Jezus na krzyżu umiera. Są celebryci, którzy tak noszą krzyże i w ogóle nie wiedzą, co noszą. Może ktoś ma inne ozdoby. Pamiętam kiedyś na jednym ślubie miałem znajomych i ona miała szkaplerz. Jej mama jej nawet biżuterię kupiła na ślub, ale ona powiedziała: „Mamo, moją biżuterią będzie szkaplerz, ja go nie zdejmę”. Mama była wkurzona: „Mam dziewczynę, która na ślub nie ubrała biżuterii”. Ja mówię: „Jesteś piękna, bo nie zdjęłaś Matki Bożej dla biżuterii”. Wybieram, decyduję się na Jezusa, bo dzieło Jego to dzieło zbawienia. I w tym zbawieniu chcę mieć udział. Tego zbawienia mam pragnąć.

Bracia i siostry, ten czas misji staje się dla nas szczególny. Ucałowaliśmy już krzyż, postawiliśmy ten krzyż, wznieśliśmy go, a tak naprawdę trzeba wznieść krzyż w naszym sercu, oddać nasze życie pod panowanie Chrystusa. I dobrze, że ten krzyż, który nam towarzyszył w Drodze Krzyżowej, tu jeszcze jest z nami jako znak tego spotkania, kiedy stajemy przy tym ołtarzu, gdzie dokonuje się ofiara krzyża. Krzyż jest jedyną ofiarą Chrystusa, ale zaprasza nas, byśmy w nim uczestniczyli. Droga świętości prowadzi przez krzyż. Codzienne nawrócenie dokonuje się przez przyjęcie krzyża.

Pamiętam, kiedyś jeden chłopak podchodzi do taty: „Mój tato, pobłogosław mi”. „Dzisiaj cię nie pobłogosławię”. „A czemu?” „No bo muszę iść do spowiedzi, popełniłem grzech, czuję się bez Boga i chcę, żebyś mnie pobłogosławił”. Żebyśmy też błogosławiąc, czynili to z Jezusem w sercu. Bo wiecie, niektórzy robią krzyżyk, to co mówiłem wam, modlą się wodą święconą, kropią, a mają w sercu grzech. Albo chcą, żeby inni się zmienili: „proszę księdza, bo on pije, bo on przeklina, bo on to, bo on tamto”. A ja się pytam: „A kiedy ty byłeś, byłaś u Komunii?”. „No, dwa miesiące temu”. Ja mówię: „On w grzechu, ty w grzechu – to jeszcze lepszy ogień piekielny”. Rozumiecie? Bo my czasami idziemy na walkę z szatanem, mając szatana w sercu. A królestwo szatana jest wewnętrznie poruszone, tam jest największa jatka. Więc jak js chcę iść pokonać szatana, to tylko z Jezusem w sercu, tylko w taki sposób.

Nie ma chrześcijaństwa bez krzyża, nie ma miłości bez krzyża, nie ma zbawienia bez krzyża. Krzyż to nie talizman, to nie jakaś magiczna ochrona, to znak zbawienia. To nie jest po to, żeby mi się nic złego nie stało, albo obawa, że „o, teraz mnie cierpienie czeka”. Ja na ślubie mojej cioci dałem jej krzyż. Wiecie, po tym jak słonika wyrzuciła, życie jej się nie układało i wreszcie chłopa poznała. No i do dzisiaj są razem szczęśliwi. I dałem jej krzyż, bo w tym znaku została pobłogosławiona.

Popatrzcie wy, jako małżonkowie, czy mieliście błogosławieństwo? Odnowiliście to w czasie tych misji. I wiecie, były osoby, które się śmiały z tego. Ja mówię: „Wiecie, ci, którzy się teraz śmieją, powinni iść do spowiedzi, bo się śmieją z Chrystusa”. Kiedyś miałem takie mocne doświadczenie, kiedy tam, gdzie mieszkam w Przemyślu, mamy dzień wizyty duszpasterskiej. My, kapłani i siostry zakonne, tam gdzie mieszkamy, święcimy sobie pokoje, mamy uroczystą kolację, ale wtedy pierwszy raz siostry nas wpuszczają do swoich cel, pokoi. Wiecie, wchodzę, żeby im poświęcić, okadzić, naznaczyć drzwi, i wiecie, co mnie tak naprawdę mocno dotknęło? Na poduszce leży krzyż, bo siostry mają taką praktykę, że zasypiają z Oblubieńcem, z Jezusem, do Niego się przytulają. Może to też warto, żebyście wy nawet w łóżku małżeńskim mieli krzyż. Nie bójcie się tego, Boża obecność obok, pod poduszką. Przecież w znaku krzyża zostaliście pobłogosławieni.

Jeszcze jeden obraz. Kiedyś ktoś powiedział do małżonków, bo mieli łoże małżeńskie: „A wy tu możecie współżyć, jak tu krzyż wisi na ścianie?”. Oni mówią tak: „Pan Jezus oddał życie w ofierze ciała, złożył ofiarę z ciała. My oddajemy swoje ciała w miłości dla siebie jako małżonkowie”. Popatrzcie, to jest miłość – oddać siebie sobie nawzajem. A do tego ich motywuje znak krzyża. Nie jest to piękne? Nie jest to wyuzdane, a to jest tajemnica tego, co małżonkowie powinni razem przeżywać.

A dla nas, kapłanów, znak krzyża tym bardziej, kiedy dłonią możemy ten znak czynić. Ja pamiętam moment, kiedy zostałem diakonem – 24 maja 2009 roku. Kiedy wieczorem, po gościnie, pierwszy raz mogłem pobłogosławić, pierwszy raz mogłem uczynić znak krzyża. Wiecie co? Do dzisiaj pamiętam, jak się spowiadałem u księdza prałata Mariana, kiedy on kreślił znak krzyża i mnie rozgrzeszał. Tę wyciągniętą rękę, która rozgrzesza – rozgrzesza Jezus ręką kapłana.

Droga krzyżowa, którą przeżyliśmy, to nie tylko nabożeństwo, ale to świadectwo, że chcę iść za Jezusem. Bracia i siostry, życzę wam tego, żebyście za Jezusem szli. Szliśmy przez miasto, a tak naprawdę idziemy z krzyżem, z wiarą publicznie, bo się nie wstydzimy. Więc nie wstydźcie się. To, że tu się tak pięknie modlimy, to teraz wracacie do domu, do pracy – nie wstydźcie się znaku krzyża. Błogosławcie innym, sami przyjmując błogosławieństwo. Pokazujcie, do kogo należycie. Należycie do Chrystusa.

Ale przyjdzie próba. Po spowiedzi, po misjach przyjdzie próba. Szatan będzie chciał to zniszczyć. I krzyż tutaj jest po to, żeby w trudnych relacjach, w walce z grzechem, z niezrozumieniem, z powrotem pokus zwyciężyć. Krzyż nie znaczy, że Bóg mnie i ciebie opuścił. Przy krzyżu Bóg jest najbliżej i zawsze mogę się przytulić. I miejcie ten krzyż przy sobie zawsze w domu. Chcecie się pomodlić – weźcie krzyż. Jest coś trudnego – uchwyćcie się razem krzyża, z dziećmi, z mężem, módlcie się. To będzie wasz ołtarz w domu, wtedy gdy nie będziecie mogli być tutaj, w świątyni. Do tego was zapraszam. Weź krzyż, nie uciekaj, nie wstydź się, wytrwaj, idź za Jezusem. Uciekam od krzyża czy buntuję się przeciw trudnościom? Czy wstydzę się wiary publicznej? Czy wracam do starego życia, czy niosę krzyż z Jezusem? Bracia i siostry, idźmy za krzyżem, za Chrystusem – nie tylko dziś, ale naprawdę.

Krzyż stanął już przy kościele, ale życzę wam, żeby krzyż tak naprawdę wyrył się w waszym sercu. A na krzyżu otwiera się Serce Zbawiciela i żeby z tego Serca popłynęła miłość do waszych serc, do waszych małżeństw, do waszych rodzin, do posługi kapłańskiej tu, w tej wspólnocie. Przy Sercu pozostań, nie uciekaj. A te krzyże, które się niosło w czasie Drogi Krzyżowej, niech to nie będzie tylko pamiątka, którą odłożę na półkę, gdzieś pozostawię, tylko niech to będzie żywy znak obecności Boga w waszym życiu. Tak, by kiedyś, trzymając ten krzyż, jak ci żona czy mąż, czy dzieci dadzą go do ręki, byś przechodził z tego świata do wieczności, bo szatan, śmierć, grzech w tym znaku został zdeptany.

Jezus jest Synem Bożym. Jeżeli już Jemu nie wierzymy, to przynajmniej wierzmy temu dziełu, którego dokonał. A dokonał tego tak, jak Ojciec chciał. Więc ufam i wierzę, to co mówiłem tam na placu, że z Opatrzności Bożej przychodzi nam przeżywać razem ten dzień. W tradycji Kościoła ten piątek przed Niedzielą Palmową jest szczególnie oddany Matce Bożej Bolesnej, to z Nią stajemy i uczymy się wierności do końca. Niech ta wierność pozostanie w naszych sercach, abyśmy w znaku krzyża dostąpili zbawienia. To zbawienie niech będzie naszym udziałem w każdej sekundzie życia tu, na ziemi, a kiedyś da nam zbawienie już na zawsze, na wieki. Czego sobie i wam życzę. Amen.

8. Kazanie – sobota rano

Umiłowani w Chrystusie Panu, czcigodni bracia kapłani z księdzem proboszczem na czele, z księdzem Krzysztofem celebrującym tę Eucharystię, wy, kochani bracia i siostry – popatrzcie, jak to pięknie Pan Bóg układa. Nie ma nic piękniejszego, tylko przyjąć słowo. Wiecie, ja dorastam do tego, że to nie ja sobie wybieram słowo, tylko chcę to słowo przyjąć tak, jak Pan Bóg mi je daje każdego dnia. Jak zaczniesz czytać Pismo Święte, przynajmniej Ewangelię z dnia, to zobaczysz, jak Pan Bóg chce cię prowadzić w twoim życiu. Spróbuj. Najwyżej za rok powiecie: „Ksiądz nas oszukał”. Ale spróbuj. Jak nie spróbujesz, to nie zobaczysz. Może doczekamy renowacji misji? Choć te jeszcze trwają.

Pamiętajcie, od czego zaczęliśmy w niedzielę. Pan Jezus szedł do grobu i po drodze uczył wiary. Kogo? Martę i Marię. A dzisiaj słyszymy: „Wielu spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego”. Czyli już jest po wyjściu z grobu. Już nie tylko Marta i Maria nauczyły się tej wiary, z którą stanęły przy grobie, i Jezus wyciągnął Łazarza, i także jego wiara ożyła, ale już wielu uwierzyło. Czy to nie jest nasze doświadczenie – moje i wasze – że te dni pomnożyły wiarę? Że Jezus, wyprowadzając nas z grobu śmierci grzechu, prowadzi nas mocną wiarą? Daliśmy tego piękne świadectwo wczoraj, stając przy krzyżu, wznosząc ten krzyż, aby teraz z tego krzyża czerpać łaski, być świadomym tego, co się dokonało na drzewie krzyża.

Są tacy, którzy chcą Jezusa ukrzyżować i są tacy, którzy chcą się zgromadzić pod krzyżem. Będą tacy, którzy nie skorzystają z tych misji, którzy nadal będą Jezusa na śmierć skazywać. Są też tacy, którzy jeszcze nie skorzystali, bo się nie wyspowiadali – chcą Jezusa skazać na śmierć, zabić Go i w tej śmierci trwać. Ale są tacy, którzy chcą się zgromadzić przy Chrystusie. Popatrzcie, nawet Kajfasz wypowiedział to proroctwo: „Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod rozwagę, że lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niż by miał zginąć cały naród”. I dalej ewangelista tłumaczy: „Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus ma umrzeć za naród. I nie tylko za naród, ale także po to, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. Tego więc dnia postanowili Go zabić”.

Po pierwsze – proroctwo. Proroctwo to nie jest wizja przyszłości. Prorok to jest ten, który tu i teraz przemawia w imieniu Boga. Ty też będziesz prorokiem, jeżeli będziesz czytał słowo i w imieniu Boga przemawiał. Będziesz prorokiem. Prorok to ten, który mówi w imieniu Boga, to nie ten, który zna przyszłość. Dlatego dzisiaj wieczorem będziemy chcieli tego doświadczyć podczas modlitwy o dwudziestej tutaj. Do tego was zapraszam.

A czego dotyczy proroctwo? Że ten naród, który był rozproszony, teraz gromadzi się w jedno. To, co wczoraj wam powiedziałem. Popatrzcie, nawet w pierwszym czytaniu to wybrzmiało. Naród izraelski był rozproszony i Pan Bóg przez proroka Ezechiela mówi: „Oto wybieram Izraelitów spośród ludów, do których pociągnęli, i zbieram ich ze wszystkich stron, i prowadzę ich do kraju. I uczynię ich jednym ludem w kraju, na górach Izraela, i jeden król będzie nimi wszystkimi rządził. Już nie będą tworzyć dwóch narodów i już nie będą podzieleni na dwa królestwa”. Szczerze mówiąc, jak to czytałem, to pomyślałem: czy to nie jest Radymno? Podział, dwie parafie. A przecież jesteśmy jednym ludem Bożym, a nie dwiema parafiami. Może w tym mieście jesteśmy rozproszeni i wreszcie trzeba nam się zjednoczyć przy Chrystusie, który nas zbawia, a nie dzielić się: na dole – na górze, stary kościół – nowy kościół. Jedna wiara, jeden chrzest, jedna droga zbawienia. Wreszcie trzeba to ukrócić, bo ten, który dzieli, to diabeł, a Ten, który jednoczy, to Bóg Zbawiciel. To doświadczenie, które Pan Bóg dał nam wczoraj, abyśmy postawili ten krzyż razem – ja tego nie planowałem. To Pan Bóg sam wpisał w nasze misje. To jest kolejny bardzo ważny znak – znak jedności. Bo ten, który nas dzieli, rozprasza to szatan.

Wiecie, co znaczy diabolos? Ten, który dzieli. Jeżeli ja jestem znakiem podziału, to pozwalam działać szatanowi w moim życiu. To tak jak małżonkowie – wyobraźcie sobie, że mają dzieci. To, co wam mówiłem: przychodzą i mówią: „Proszę księdza, moje dziecko…”, a ja się pytam o nich. Na przykład mama z tatą krzyczą na siebie, złoszczą się. To mama trzyma za jedną rękę dziecko, tata za drugą i rozdzierają to dziecko. Tak jak dziecko zrodziło się z jedności małżonków, tak dziecko ma patrzeć na jedność małżonków – taty i mamy. Tragedią rodzin jest to, że tata pracuje za granicą albo mama, bo czasami też się tak zdarzy. Prosta zasada: jeżeli bierzesz małżeństwo, to razem danego dnia zasypiacie w łóżku. Prosta zasada. Jeżeli tego nie ma, to małżeństwo nie jest jednością do końca. Przynajmniej, jeżeli tego brakuje, bo ktoś wyjeżdża za granicę na przykład na tydzień czy dwa, to miejcie taką praktykę, żeby odmówić jeden dziesiątek różańca przez telefon. To was będzie trzymać, łączyć.

Wiecie, czego mojemu szwagrowi teraz brakuje po śmierci córki? Ścignąłem moją siostrę, bo szwagier jeździ za granicę. Co to za małżeństwo, które razem nie odmawiałoby dziesiątka różańca? Jak Gabrysia się urodziła, to w tym doświadczeniu byłem. Ona nigdy nie poszła spać, jak się z tatą nie pomodliła. Dzisiaj nie ma tej modlitwy, bo jej nie ma fizycznie. Ale przynajmniej niech was to łączy, jeżeli jest odległość, bo wtedy Pan Bóg tę odległość pokona mocą modlitwy. Najgorsze są podziały, rozłąki. One rozpraszają. Bóg chce zgromadzić wszystkich z różnych stron świata. Nie chce, żebyśmy byli samotnymi wierzącymi.

Popatrzcie, wiarę przyjmujemy we wspólnocie Kościoła. Nieraz jest tak, że ktoś chce chrzest poza Mszą. Czy rozumiesz, po co jest chrzest? Chrzest to wprowadzenie nowego członka Kościoła i cały Kościół ma wiedzieć, że ma nowego członka Kościoła, i ma się za niego modlić. Ktoś powie: „Bo będzie dłużej, bo dziecko nie da rady”. Już wymyślają. To po co wam ten chrzest? Tylko by odfajkować? Dziecko ochrzcić? Niech płacze, niech kwili, ale w tej wspólnocie ma otrzymać chrzest, bo we wspólnocie ma wzrastać w wierze, a nie gdzieś poza nią.

Popatrzcie, już się od tego zaczyna takie dziwne myślenie. Pamiętam, proboszcz, u którego miałem praktykę diakońską, mówi: „Pamiętaj, chrzty zawsze w niedzielę”. Przychodzi jedna para, akurat księdza proboszcza nie było, i ja mówię: „W czym pomóc?”. „No, chcemy dziecko ochrzcić”. No to siadamy. „Kiedy planujecie?”. Pada data. Patrzę: „A czemu sobota?”. „No, bo w sobotę…”. I wiecie, nie było łatwo. Efekt był taki, że powiedzieli: „To my damy znać”. Potem jemy obiad, jest telefon. Proboszcz odbiera, wraca i mówi: „Twój pierwszy sukces duszpasterski – chrzest będzie w niedzielę”. No właśnie. To jest naprawdę bardzo ważne. Nieraz przychodzą i księdza stawiają przed faktem dokonanym, bo mają już zamówioną imprezę. Zaczęli od tyłu. A potem mają pretensje, bo ksiądz chce chrzest w niedzielę. Nie znają istoty sakramentu, tylko: dziecko ochrzcić. A wychować dziecko w wierze – jak go wychowasz? Módlcie się za takich. Dlatego to wam mówię, żebyście też byli świadkami, pokazali innym: Co ty robisz? W jakim ty Kościele żyjesz – katolickim czy życie sobie ustawiasz po swojemu? Są pewne normy, które też kapłanów zobowiązują.

To tak jak w świecie. My sobie próbujemy Pana Boga do siebie ustawić. A Pan Bóg czego chce? Chce nas zjednoczyć. Bo dziś największy problem to nie sam grzech, ale że grzech sprawia, że nasza natura się rozbija. Popatrzcie: rozbite rodziny, brak jedności w małżeństwach, konflikty, życie obok siebie, wiara prywatna bez wspólnoty, brak Kościoła w domu – to jest rozproszenie. Kiedy się wstydzimy modlić z innymi. To, co wczoraj wam mówiłem: wyjdź z krzyżem do tych, którzy przeklinają, złoszczą się, gniewają. Pokaż: „No to teraz krzyknij na Pana Jezusa”. Jak ktoś będzie na ciebie teraz krzyczał, weź krzyż, pokaż mu: „Krzycz na Pana Jezusa. Ja chcę żyć pod krzyżem Chrystusa”. Chce się upijać? Patrz teraz na Jezusa. Nie bójcie się wyciągnąć krzyża i pokazać tym, którzy chcą rozpraszać, którzy chcą niszczyć. Tak jak na egzorcyzmie kapłan wyciąga krzyż – demon się wścieka. Nie bój się. W tym znaku zwyciężysz.

Serce Jezusa nie rozprasza. Serce Jezusa nas jednoczy, gromadzi, buduje wspólnotę. Przy Sercu Jezusa nie jesteśmy sami. Jesteśmy w Kościele, zgromadzeni w jednej wierze. Bracia i siostry, to, co też może nas rozpraszać, to choroba, cierpienie, kiedy człowiek traci ufność, kiedy nadzieja jest umęczona, kiedy trudno kochać. Rodzą się różne emocje, bo jednak nie jest tak, jak człowiek by chciał. Coś tam boli, coś uwiera. A Bóg chce to uzdrawiać. Chce dotykać naszych relacji, rodzin, naszych słabości, chorób. Chce, żebyśmy przy Nim się zgromadzili. Dlatego teraz przychodzimy, prosząc Go o łaskę.

Jednak jedno, co jest ważne. Wiecie, czego ja doświadczam? Że nieraz ktoś przyjmuje sakrament namaszczenia chorych, a nie zmienia się. Jeżeli chcesz po przyjęciu sakramentu namaszczenia chorych i Komunii Świętej plotkować, narzekać, obmawiać, krytykować, przeklinać i tak dalej – to nie przyjmuj. Bo ty nie jesteś choinką, że się obwiesisz: a tu namaszczenie, tu to, tu tamto. Jeżeli w twoim sercu nie będzie dyspozycji do przyjęcia stanu łaski, to sakrament nie działa. Pan Bóg patrzy na serce. Najgorzej, kiedy człowiek jest niepojednany z drugim człowiekiem, kiedy sam rozprasza. Po to może nam jest potrzebna choroba, żeby popodcinać nam piórka naszej pychy.

Wiecie, ja to przeżyłem dziesięć lat temu, kiedy człowiek był pewny siebie. Wczoraj siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Była taka sytuacja, była inna – prawo jazdy mi zabrali – ale były takie sytuacje, których ksiądz Piotr wcześniej nie miał. Ból kręgosłupa, przez miesiąc – ja nawet nie mogłem klękać. Miałem mieć operację. Byłem wtedy jeszcze w Przeworsku. Ale mówię do pana doktora: „Panie doktorze, ja się pomodlę”. A on patrzy na mnie tak dziwnie. On widział rezonans. Słuchajcie, przyjąłem namaszczenie chorych, byłem na posłudze, gdzie ktoś się modlił nade mną, tak jak dzisiaj chcemy wieczorem się modlić. I w pewnym momencie przyszła łaska. W czasie tej modlitwy była spowiedź, namaszczenie chorych – to była cała droga. I słuchajcie: do tej pory nie było operacji kręgosłupa. Ale co ja zrozumiałem? Że ja nie miałem kręgosłupa wiary jako ksiądz. Bo to, że ja sobie wyjdę do ołtarza i się pomodlę, że będę, wiecie, ładny, grzeczny – to jest zewnętrzna strona. Ale w sercu ja miałem złość do taty, miałem inne pretensje, tu kogoś obgadałem, tu kogoś krytykowałem, tu byłem pewny siebie, bo kogoś poprawiłem jako ksiądz – przecież ja więcej wiem. I dopiero Pan Bóg mi to pokazał w moim chorym kręgosłupie, że ja miałem połamaną wiarę, którą On dopiero poskładał.

Z nowym zapałem zacząłem czytać słowo Boże, zacząłem odmawiać brewiarz – bo czasami przespałem brewiarz, potem się tłumaczyłem: „a jestem zmęczony”; różaniec – ledwo co odmówiłem dziesiątek parę razy. Dzisiaj Pan Bóg mnie trzyma przez różaniec. Teraz szukam czasu na adorację, żeby mieć przynajmniej pół godziny adoracji, bo mówię, że dla mnie, kapłana, dzień zmarnowany, kiedy nie mam czasu na adorację. Mieszkam w takim miejscu, gdzie mogę przejść nawet w pantoflach do kaplicy. A czasami człowiek mówi sobie: „a za chwilę, za chwilę”, nagle patrzę – dzień minął, a ja jeszcze w kaplicy nie byłem. Wtedy to zrozumiałem, bo ja wolałem jechać do sklepu, oglądać, co jest na półkach, i to była moja adoracja. Zamiast czytać Pismo Święte, to przeglądałem kanały w telewizji. Dzisiaj od dwunastu lat już nie mam telewizora. Dopiero wtedy to zrozumiałem. Pan Bóg zaczął mnie składać, że ja tego wszystkiego, co mam tu, nie wezmę ze sobą. Wezmę wiarę. I ta wiara mnie przeprowadzi przez trudności. Z tą wiarą będę mógł posługiwać.

Można być blisko Boga, można przyjść do kościoła, a daleko można być sercem od Niego. Można być blisko Boga, a daleko od drugich ludzi, traktować ich z góry. A przecież tę wiarę otrzymujemy we wspólnocie i ta wiara daje nam uzdrowienie. Ile razy czytamy w Piśmie Świętym: „Twoja wiara cię uzdrowiła”. A jeżeli ty we wspólnocie nie chcesz żyć w jedności z drugim człowiekiem, jesteś rozproszony, to jaką ty masz wiarę? Bo tobie się należy…

Niektórzy oglądają telenowele, się nakręcają: co tam będzie, kolejny odcinek. A słyszałeś? Widziałeś? Tu mają wiarę. Słyszałeś – Pan Jezus uzdrowił. Po śmierci mojej babci, gdy stanąłem przy trumnie, była Ewangelia, że Pan Jezus wskrzesił. Czytałem to słowo po różańcu, bo wiecie, czasami przy trumnie niektórzy tak różaniec odmawiają, że nawet nie da się skupić. Lecą „Zdrowaś Maryjo”, jedno za drugim. To przeczytałem Ewangelię po różańcu, było o wskrzeszeniu, i pytam się: „Czy wierzycie w to wskrzeszenie? Bo jeżeli tak, to będziemy modlić się o wskrzeszenie babci”. Patrzą na mnie jak na dziwnego. A ja mówię: „Ale to nie jest bajka. Pan Jezus wskrzeszał i dzisiaj może wskrzesić. Tylko pytanie: czy macie wiarę? Jak nie macie wiary, to sensacji nie szukamy”.

Byłem w Wielki Piątek u takiej babci w szpitalu, u moich znajomych. To już mówiłem wam. Cała rodzina płakała i tak dalej – a rodzinie były rozwody, alkohol. Lekarz mówi: „Dwie godziny, a babcia umrze”. Oni już się żegnali z babcią. Mówię im: „Dzisiaj całować krzyż, pójść do spowiedzi, przyjąć Komunię Świętą za babcię. Babcia wyjdzie ze szpitala”. I co? Babcia w poranek wielkanocny była w domu. To im było potrzebne, bo byli daleko od Boga. Jakby nie ta oznaka śmierci babci, to kto by ich zjednoczył? Pan Jezus przez śmierć i krzyż chce nas zjednoczyć. Albo ja przyjdę do Niego, albo będę daleko od Niego.

Sakrament namaszczenia chorych jest dotknięciem Boga. Na co ono nam pozwala? Po pierwsze – przyjąć łaskę Ducha Świętego. Bóg chce działać, chce dotykać naszej słabości. Popatrzcie: tak jak Jezus niósł słabość i cierpienie na krzyżu, to pierwsza sprawa – przyjmij swoją chorobę jako dar. Dla siebie, dla rodziny, dla bliskich. Ofiaruj to, co cię boli, to, co jest chore: „Panie Jezu, to za moje grzechy, za grzechy mojej rodziny, za grzechy świata. Tak jak Ty wziąłeś krzyż, ja chcę wziąć tę chorobę i nieść z Tobą”.

Sakrament namaszczenia chorych ma dać pociechę w trudności, że z Jezusem dasz radę, jednocząc się z Nim. Ale też, jeżeli Pan Bóg chce, to dotknie cię łaską uzdrowienia i uwolni cię od tych więzów. Ale po pierwsze – oddajcie swoją chorobę Jezusowi. Chorobę poważną: nowotwór, choroby serca, poważne schorzenia, może operacje, starość, wyraźne osłabienie, chorobę psychiczną o ciężkim przebiegu, nawrót choroby – to, co po ludzku jest nie do ogarnięcia. Nie przyjmuj namaszczenia chorych na zapas, jako rytuału, ale przyjmijcie jako dar łaski.

Bracia i siostry, za chwilę podejdziecie do nas, kapłanów. Nie patrzcie, który kapłan – Pan Jezus działa przez każdego kapłana. Ręce kapłana są namaszczone. Na egzorcyzmie, kiedy trzymaliśmy osobę opętaną, demon krzyczał: „Zabierz te śmierdzące łapy stąd!”. W momencie święceń biskup namaszcza ręce kapłana. Pan Jezus chce tymi rękami się posługiwać. Kiedy Pan Jezus uzdrawiał chorych, wkładał na nich ręce. To powiedział apostołom: „Wkładajcie ręce”, a będą doświadczać uzdrowienia.

Dlatego jeden bardzo ważny moment będzie, kiedy podejdziecie. Ci, którzy pragną przyjąć namaszczenie chorych – my tu się ustawimy, czterech, i proszę, żeby te ławki przy środku… wychodząc na środek, podchodzicie tutaj do dwóch kapłanów i wracacie, dobrze? I tak samo tam – jedną stroną wychodzicie, drugą wracacie. I tylko ci, którzy przyjmują sakrament namaszczenia chorych. To się dokonuje w ciszy. A w tej ciszy, podchodząc, myślcie o swojej chorobie, myślcie o swoim cierpieniu. Podchodząc, wracając – to jest czas modlitwy. Ci, którzy nie przyjmują namaszczenia chorych, niech modlą się, żeby Pan Bóg przez kapłanów działał, żeby ci, którzy przyjmują namaszczenie chorych, tę łaskę przyjęli. Wystarczy tylko, że kapłan położy ręce, i tyle. Ale ty się módl w tej drodze cały czas, żeby nie było tak, że sobie siedzę i czekam. Bo to będzie cisza. W tym czasie nie śpiewa się nic. To jest moment bardzo wymagający.

I drugi moment – kiedy po dziękczynieniu za oleje znowu podejdziecie i otrzymacie namaszczenie na czole znakiem krzyża i na rękach. Kiedy kapłan namaści czoło, wypowie formułę – mówimy „Amen”. Kiedy kapłan namaści ręce – mówimy „Amen”. Przy tej okazji, jeżeli poczujecie, że gdzieś jest olej, to trzeba go wetrzeć, żeby go nigdzie nie wytrzeć. Mógłbym powiedzieć: dzisiaj się nie myjemy, bo będziecie namaszczeni olejem, prawda? Świętym. To nie jest olejek. To jest sakrament. Działa sam Jezus. I teraz, co jest ważne: złóż ręce później, żeby gdzieś tam nie wytrzeć. Potem mówimy „Amen”. Co znaczy „Amen”? Tak jest. Zgadzam się, przyjmuję. Tak samo przy spowiedzi nieraz się spotkałem, że ksiądz udziela rozgrzeszenia i ktoś mówi: „Bóg zapłać”, nie mówi „Amen”. Tak jak kapłan ci podaje Ciało Chrystusa – „Amen”, zgadzam się, przyjmuję, chcę iść z Tobą, Panie Jezu, w mojej chorobie, w moim cierpieniu, w moim zmaganiu. Potrzebuję Ciebie. I potem spokojnie wracamy. To też się dokonuje w ciszy.

Niech ta cisza będzie modlitwą. Niech ta cisza pomoże nam stanąć pod krzyżem Zbawiciela, aby to, co nas rozprasza, nas zjednoczyło. Dlatego zapraszam was, żebyście w tej modlitwie za siebie nawzajem byli jednością. Nie, że „ja potrzebuję”, ale: „On potrzebuje. Panie Jezu, uzdrów go, dotknij jego oczu, uszu, umysłu, serca, układu krwionośnego, pokarmowego, szkieletu. Ty wiesz, gdzie on choruje”. Módlcie się za siebie nawzajem. Nie siedźcie, nie czekajcie. Módlcie się za siebie. Do tego was zapraszamy. Ta cisza nas będzie zobowiązywać. Niech to będzie święte milczenie modlitwy za siebie nawzajem. To bardzo ważne. Podkreślam to, by nie było czegoś takiego, że czekam tylko na moją kolej, ale trwam w modlitwie, bo jestem w jednej wspólnocie i mam wspierać się nawzajem.

Staję pod krzyżem Zbawiciela, w znaku krzyża otrzymuję łaskę. I co jest najważniejsze? Po przyjęciu namaszczenia chorych później idziemy przyjąć Jezusa, z Nim się zjednoczyć. Najważniejsza jest Komunia Święta, zjednoczenie z Bogiem. Kiedyś przyjeżdżam do takiej babci Stasi, mieszka w lesie. Wyobraźcie sobie – trzeba zostawić samochód, pójść do niej. No i przychodzę. Przyjmuje Komunię Świętą i ona się pyta: „Proszę księdza, mogę się pomodlić po przyjęciu Komunii?”. I ona położyła ręce na sercu i zaczyna się modlić: „Panie Jezu, dziękuję Ci, że do mnie przyjechałeś. Czekałam na Ciebie. To Ty jesteś w moim życiu, Ty jesteś moim zbawieniem. Z Tobą chcę spędzić ten kolejny miesiąc”. Jak ja to słyszałem – ja, w pierwszym roku kapłaństwa – zobaczyłem, że ja tak nie potrafię jak ta babcia, mająca blisko dziewięćdziesiąt lat. Ona była sercem przy Sercu Jezusa. Gdy skończył się obrzęd, ona mówi do mnie: „Proszę księdza, spadłam o północy z łóżka. Syn przyjechał rano o ósmej, przywiózł coś do jedzenia i podniósł mnie. Ale rozmawiałam z Panem Jezusem”. Ciekawe, nie? Osiem godzin, leżąc na podłodze, rozmawiała z Jezusem. A mogłaby być: „Proszę księdza, ja jestem tu sama, nie mam nikogo”. Widzicie? Osiem godzin leżała na podłodze, a ona rozmawiała z Panem Jezusem. Widzicie, jaka perspektywa – była przy Sercu Jezusa. Nieważne – ona nie patrzyła na to, że jest sama, ona nie patrzyła na to, że ma ciężko, że leżała na podłodze, że nie ma kto jej pomóc. Była przy Sercu Zbawiciela.

I tego wam życzę – byście byli przy Sercu Zbawiciela, który nas jednoczy, który daje nam łaskę, który chce nas wspomagać. Tylko zostawcie to, co stare. Jeżeli chcesz wrócić do choroby grzechu, to nie przyjmuj namaszczenia chorych. Jeżeli nie chcesz zmienić swojego życia, nie przyjmuj łaski, bo to nie jest na ten moment. To jest na życie z wiary, na życie przy Sercu Zbawiciela. Amen.

9. Kazanie – sobota wieczór

Umiłowani w Chrystusie Panu, czcigodny księże dziekanie, proboszczu tej wspólnoty, księże Damianie, koncelebrujący tę Mszę Świętą, i wy, drodzy bracia i siostry, kochani małżonkowie z dziećmi – Pamiętacie, co w niedzielę się działo: Łazarz w grobie, Marta z Marią, pretensje do Jezusa. Ale Jezus, opóźniając swoje przyjście, w tej drodze do grobu rozmawia z jedną i z drugą, choć z drugą wiadomo – jedynie ją zapewnia, bo Maria płacze, Marta jeszcze tam swoje dorzuca. A dzisiaj co słyszymy? „Wielu spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego”.

Czy to nie jest nasze doświadczenie, które Pan Bóg dał mnie i wam w tych dniach? Że tak jak wyciągnął Łazarza z grobu, czyli nie tylko wiara Marty i Marii potrzebowała weryfikacji, ale jeszcze może ożywienia, wyjścia z grobu grzechów – i inni, to widząc, też uwierzyli. I może to doświadczenie, a może nie „może”, tylko na pewno, jest naszym doświadczeniem, że dzisiaj po tych dniach możemy powiedzieć, że ta wiara już jest inna. Tym bardziej tę wiarę wyznaliśmy wczoraj, kiedy wznieśliśmy tu, na placu kościelnym, krzyż, do którego mogliście tutaj przychodzić, kiedy on tu leżał. Mogliście go adorować, przy nim klęknąć, powierzyć swoje życie, przytulić się, pocałować. I to robiliście za każdym razem, kiedy mieliście ku temu sposobność.

Popatrzcie, jakiej szczególnej łaski, której Jezus każdemu z nas udzielił, którą nam dał z miłości swego serca. A co się okazuje? Arcykapłani chcą zrobić co? „Cóż zrobimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, a przyjdą Rzymianie i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród”. Bali się Jezusa ze względu na to, że ludzie uwierzą w Niego. Diabeł się boi. Wiecie kiedy? Kiedy zaczynamy wierzyć. Bo on wie, że Bóg jest, on zna Boga, ale Mu nie ufa. My też wiemy, że Bóg jest, że do kościoła trzeba przyjść. Wiecie, to tak niektórzy przychodzą w sobotę wieczorem, bo myślą, że w niedzielę nie muszą przyjść do kościoła. Czasami jest tak – mam nadzieję, że to rozumiecie – kiedy sobotnia Msza Święta spełnia warunek niedzielnej Mszy Świętej? Kiedy są dwa czytania, kiedy jest słowo, homilia, kiedy jest wyznanie wiary – to jest Msza Święta niedzielna. Jeżeli już by nie było takiej możliwości, a ktoś w niedzielę nie ma możliwości bycia na Mszy Świętej, bo pracuje i naprawdę nie ma możliwości, bo pracuje na przykład od siódmej rano do dziewiętnastej wieczorem… Choć u nas w Przemyślu o dwudziestej jest Msza, więc jest szansa. Ja nieraz mówię komuś: jak nie możesz być na Mszy, to zadzwoń rano, nawet o piątej odprawię Mszę Świętą. Szukajmy rozwiązań. Czasami to się tak łatwo zwalnia. W niedzielę ktoś ma możliwość bycia na Mszy, a nie idzie na nią. Powiedzmy to –jest czas na inne rzeczy, a na Boga nie ma. Jeżeli naprawdę nie ma możliwości, to sprawa jest jasna. Mój tata pracował w pogotowiu, więc nie mógł, bo był w pracy. Ale jeżeli ktoś ma czas? Może zdarzało się tak, że ktoś przesiedział niedzielę, po południu miał iść na Mszę, a przyszli goście. No to prosto: „Słuchajcie, czujcie się jak u siebie w domu, ja idę na Mszę Świętą, wrócę, będziemy rozmawiać”. Jest rozwiązanie? Jest. Jadę gdzieś w podróż? Są dzisiaj mapy Google – jaki problem? Tu się zatrzymujemy, idziemy na Mszę Świętą. Można? Można. Pytanie, czy się chce szukać takich możliwości, żeby Bóg był na pierwszym miejscu, żeby spotkanie z Nim było najważniejsze.

Żeby po tych misjach nie było tak, że znowu gdzieś Boga ukamienujemy, znowu Go obrzucimy, znowu wydamy na Niego wyrok, wrócimy do grzechu, zaprzepaścimy naszą wiarę i wszystko się rozproszy. Popatrzcie, są ci, którzy rozpraszają, i są ci, którzy się jednoczą przy Chrystusie. Są ci, którzy chcą Jezusa wydać na śmierć, i są ci, którzy Mu ufają, bo widzą, że przez Niego dzieją się konkretne znaki. A tym znakiem jest znak zbawienia – znak krzyża, który wznieśliśmy. Popatrzcie, tu już tego znaku nie ma fizycznie, bo tu jest święta ofiara krzyża, a my mamy wznieść krzyż w naszych sercach. Jezus ma królować jako Zbawiciel, jako Ten, który oddał za nas życie. I my nie mamy już wyciągać ręki po Chrystusa. My mamy oddać Mu swoje życie.

Zauważcie, że prorok Ezechiel powiedział o tym, co jest pragnieniem Boga: „Oto wybieram Izraelitów spośród ludów, do których pociągnęli, i zbieram ich ze wszystkich stron, i prowadzę ich do ich kraju. I uczynię ich jednym ludem w kraju, na górach Izraela, i jeden król będzie nimi wszystkimi rządził, i już nie będą tworzyć dwóch narodów, i już nie będą podzieleni na dwa królestwa”. Kochani, czy to nie opatrznościowe, że wczoraj wszyscy mieszkańcy Radymna razem przeżywali Drogę Krzyżową, razem wznieśli krzyż? Już nie ma na dole – na górze, stary kościół – nowy kościół. Jest jedna wiara, jeden chrzest, jeden Kościół. Budynki mogą być różne, ale wspólnota Kościoła jest jedna, gromadząca się przy Chrystusie. I nawet słowo to podpowiada, żeby nie było tu, w Radymnie, już podziału, żeby jedni byli lepsi, drudzy gorsi, jedni w takim kościele, drudzy w takim. Nieważne w jakim – ważne, że przy sercu Zbawiciela. „I już nie będą się kalać swymi bożkami, wstrętnymi kultami i wszelkimi odstępstwami. Uwolnię ich od wszystkich win, którymi zgrzeszyli, oczyszczę ich i będą moim ludem, Ja zaś będę ich Bogiem”. Piękna obietnica.

Tak samo ma się dziać w naszych domach. Wszelkie podziały idą na bok. Nie ma rozproszenia. Bo ten, który rozprasza, ten, który dzieli – wiecie z języka łacińskiego, jak to brzmi? Diabolus – ten, który dzieli, ten, który rozprasza. Ten, który nas dzieli w naszych rodzinach, w społeczeństwie, to diabeł. I on robi zamieszanie. Takie zamieszanie było problemem faryzeuszy. My już nie chcemy robić zamieszania. My chcemy być jedno przy Jezusie, jako wspólnota ludu Bożego. Otrzymałem chrzest – gdzie? W Kościele. I nie chodzi o kościół fizyczny, tylko o wspólnotę ludu Bożego. Dlatego czymś dziwnym jest, kiedy ktoś chce chrztu poza niedzielą, na przykład bo boi się ludzi, albo chce w sobotę, albo czasami nawet księdza stawia przed faktem dokonanym, bo już impreza zamówiona. Chrzest Święty powinien być na uroczystej Mszy w niedzielę, żeby cała wspólnota, która gromadzi się na modlitwie, widziała, że wprowadza się nowego członka do wspólnoty Kościoła.

Kiedyś pamiętam, miałem praktykę diakońską i ksiądz proboszcz mówi: „Jak przyjdą z chrztem świętym, pamiętaj – zawsze w niedzielę”. No i raz akurat obsługuję w kancelarii. „W czym pomóc?” „Chcieliśmy zgłosić chrzest”. No to dobrze – kiedy? Patrzę w kalendarz: sobota. I zaczynam z nimi rozmowę, zaczynam tłumaczyć, dlaczego w niedzielę, co jest istotą sakramentu chrztu. „Ale, proszę księdza, dziecko będzie płakać” i tak dalej. Ale porozmawialiśmy, różne argumenty wymienili i mieli dać znać. Za kilka dni, gdzieś przy obiedzie, telefon. Ksiądz proboszcz odebrał, rozmawia, mówi: „Słuchaj, chrzest będzie w niedzielę”. Akurat wcześniej podzieliłem się z nim tym doświadczeniem, że czekamy na telefon. I mówi: „Twój pierwszy sukces duszpasterski – chrzest święty będzie w niedzielę podczas głównej Mszy Świętej, żeby cała wspólnota wiedziała”. To nie, że będzie dłużej, tylko będzie pięknie, bo mamy tego, za którego jesteśmy odpowiedzialni – brata, siostrę – który jest włączany do wspólnoty Kościoła.

Dlatego Jezus odnawia w nas to pragnienie życia we wspólnocie ludu Bożego, który gromadzi się pod Jego krzyżem. Tak jak wczoraj na tym placu, tak dzisiaj, a zwłaszcza kiedy tu o godzinie 20:00 zgromadzimy się przy Chrystusowym sercu, abyśmy w mocy Ducha Świętego przyjęli szczególne wylanie. Każdy z nas potrzebuje jakichś darów. Będziemy o nie wołać, pragnąc ich. Będą ci, którzy będą wam posługiwać, bo wspólnota Kościoła jest po to, żeby sobie pomagać. Ja w tej wspólnocie wzrastam w wierze, nadziei, miłości, o czym sobie mówiliśmy. W tej wspólnocie mogę doświadczyć tego, co trudne, bo grzech mnie podetnie. Ale to jest moja droga świętości i w tej drodze świętości nie jestem sam. Nie jestem bezludną wyspą. Mam brata, siostrę. Jestem Kościołem. Bracia i siostry, Kościołem jesteście w domu, w pracy, gdziekolwiek. Moje proste pytanie: kto jest ochrzczony? Ręka do góry. Księża też. Jesteś ochrzczony? To jesteś Kościołem, należysz do Kościoła. I może tych murów nie być, ale tam, gdzie się gromadzą ludzie ochrzczeni, tam jest Kościół pisany z dużej litery. A tutaj to jest kościół pisany z małej litery, bo my jako ludzie Kościoła gromadzimy się w budynku, który nazywamy kościołem. I Kościołem jesteś wszędzie – na zakupach, na wakacjach, wszędzie jesteś Kościołem. Sam Jezus mówi: „Gdzie dwaj albo trzej gromadzą się w moje imię, Ja tam jestem”. Gromadzimy się przy Chrystusie, który jednoczy. Bóg chce to, co rozproszone, zgromadzić na nowo. Chce, jak pasterz, który gromadzi swoje owce przy swoim sercu. Bóg zbiera, jednoczy, oczyszcza. Bóg nie chce samotnych wierzących. Bóg chce wspólnoty.

Popatrzcie, Kajfasz mówi: „Wówczas jeden z nich, Kajfasz, który w owym roku był najwyższym kapłanem, rzekł do nich: wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod rozwagę, że lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niż by miał zginąć cały naród”. Tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus ma umrzeć za naród. I nie tylko za naród, ale także po to, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno. Tego więc dnia postanowili Go zabić. Popatrzcie – kiedy Bóg chce, żeby panowała jedność, oni chcą Go zabić. Czy to nie nasze życie? Kiedy my chcemy, pragniemy dobra dla drugiego, to drugi by nas zabił. Kiedy stoi na pysze, na egoizmie, kiedy się nie spowiada, a drugiemu wygarnie wszystko – wyciągnij wtedy krzyż i powiedz: stop, basta. Ja chcę żyć dla Jezusa, a ty rób, co chcesz, ale mi nie psuj życia. Bo po to Jezus we mnie odbudował to życie, żebym teraz już z tego życia nie zrezygnował. I nie chcę być jak ci, którzy postanowili Go zabić. Ty, jak chcesz, to zabijaj nadal, ale ja w Jezusie mam życie. On mnie wyprowadził z grobu, a ty siedzisz w grobie. Tylko wiedz o tym, że Jezus czeka na ciebie, bo cię kocha. I ja tego pragnę dla ciebie także.

Bracia i siostry, walczcie z szatanem, który dzieli, który pustoszy, który niszczy, bo Bóg gromadzi, Bóg jednoczy. Popatrzcie, Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy – będziemy to słyszeć w najbliższych dniach – o co prosił? Pamiętacie? Żeby uczniowie byli jedno i wzajemnie się miłowali. Jedność i miłość. Diabeł co robi? Wprowadza podział. To, co wam mówiłem – jak małżonkowie na przykład się rozwodzą, jedno ciągnie za jedną rękę dziecka, drugie za drugą – rozdzierają dziecko. Dlatego problem nie jest w dziecku, problem jest w małżonkach. Bo jeżeli małżonkowie zrodzili razem dziecko, to jakikolwiek podział, który dokonuje się między nimi, co robi? Rozdziera duchowo, psychicznie, fizycznie dziecko, bo rodzice często mówią: „Proszę księdza, bo nasze dziecko…”, a ja mówię: „A kłócicie się przy dziecku?”. „Tak”. To macie. To jest manifestacja tego, że w dziecku dochodzi do rozdarcia, bo życie dziecka rozpoczyna się od waszej wspólnoty. I jak nie zadbacie o tę jedność – mówiłem wam w czasie spotkania dla małżonków – jedność duchową, psychiczną, cielesną, to dziecko, widząc wasze podziały, będzie miało podział w swoim sercu. Dlatego Jezus modli się o jedność. A wy, żyjąc pod jednym dachem, mając siebie nawzajem, módlcie się o tę jedność, żeby zły duch was już nie podzielił. Dlatego to, co mówiłem – jutro, jak będzie uroczysty obiad, może to wreszcie czas, żeby ukrócić złemu dostęp, przeprosić żonę, męża, dzieci, zakończyć to wszystko, otworzyć się na nowe i wejść z radością w przeżywanie Triduum Paschalnego. Bo różnie mogło być, ale nie patrzymy na to, co było. Patrzymy na to, co będzie – wyjście z grobu, sama radość.

A druga przestrzeń to miłość – „ Abywzajemnie się miłowali”. Jak kochać drugiego, jak ktoś żyje w grzechu, prawda? To, co wam mówiłem. Nieraz się szuka problemu gdzieś wokoło, a problem jest w sercu. A jak zostawiliście grzech, to teraz problemu już nie ma. Teraz trzeba żyć tym, co Jezus wam dał, czyli miłością Jego serca. Tę miłość dawać drugiemu, tę miłość okazywać, o tę miłość się troszczyć.

Serce Jezusa nie rozprasza – gromadzi, jednoczy, napełnia miłością. W sercu Jezusa i przy Jego sercu nie jesteś sam, sama, jesteś w rodzinie Bożej, zatroskany o brata, siostrę, jesteś w Kościele. Co nas rozprasza: rozbite rodziny, brak jedności w małżeństwach, konflikty, życie obok siebie, wiara prywatna bez wspólnoty, brak Kościoła w domu. To nas rozprasza. Świat nas rozprasza, bo ma wiele propozycji dalekich od Boga. A przecież Bóg nas zaprasza do jedności, bo jest Bogiem w Trójcy Jedynym – Ojcem, Synem i Duchem Świętym.

Tego wam, bracia i siostry, życzę – abyście podejmowali tę troskę, tę walkę o to, by w tej jedności żyć, trwać, cieszyć się wspólnotą ludu Bożego zgromadzonego pod krzyżem Chrystusa, a zwłaszcza kiedy gromadzi się przy ofierze krzyża. Popatrzcie, wszyscy czerpiemy z jednego stołu, jedna ofiara, jeden Chleb. On nas karmi i tu stajemy się jednością. I w tej jedności, wychodząc ze świątyni, mamy przeżywać nasze życie. A jak pojawi się cokolwiek, co nas będzie dzielić, to trzeba przyjść, żeby Jezus nas pojednał.

Sakrament pojednania – jaki to jest sakrament? Że ja wracam do jedności z Bogiem. Grzech mnie dzieli. Ja wracam do jedności z drugim człowiekiem, bo wyznałem grzechy, które zraniły drugiego człowieka, i przychodzę, mówię: „Przepraszam”, i odbudowuję wspólnotę Kościoła. Wyobraźcie sobie, że jest budynek i ktoś naruszy jego konstrukcję. Już nie jest taki sam. Jeżeli naruszysz konstrukcję swojego życia duchowego, psychicznego, cielesnego, konstrukcję życia swojej żony, męża, swoich dzieci, to trzeba to naprawić. To już nie będzie to samo, ale jakoś wytrzyma, prawda? Kiedy się maluje ścianę w domu, kiedy jest brudna – niech Pan Jezus wymaluje wasze serca miłością. Niech zapanuje pokój serca, niech pojawi się siła w cierpieniu, niech będzie odwaga wobec lęków. Odpuszczenie grzechów niech przyniesie wam radość wolności, niech nastąpi zjednoczenie z krzyżem Chrystusa, a to wszystko niech przyniesie uzdrowienie duszy i ciała.

Za chwilę będziemy świadkami tej świętej ofiary. Przyjmując Jezusa do serca, zapragnijmy żyć w jedności. Kiedyś pamiętam, przyjechałem do takiej babci Stasi. Ona mieszkała głęboko w lesie. Trzeba było zostawić samochód i iść. I słuchajcie, udzieliłem jej Komunii Świętej, a ona mówi: „Proszę księdza, mogę się pomodlić?”. „Ależ proszę bardzo”. Poczekałem z błogosławieństwem. A ona położyła ręce na klatce piersiowej i zaczęła się modlić: „Panie Jezu, dziękuję Ci, że przyjechałeś do mnie. Czekałam na Ciebie. Teraz z Tobą spędzę kolejny miesiąc. Bądź uwielbiony, Jezu, kocham Cię”. Słuchajcie, jak ta babcia zaczęła tak mówić, blisko dziewięćdziesiątki miała, a ja sobie pomyślałem: ja tak nie potrafię jako ksiądz. A to był pierwszy rok kapłaństwa. Udzieliłem błogosławieństwa, a ona mówi: „Proszę księdza, spadłam z łóżka gdzieś o północy. Rano o ósmej przyjechał mój syn, podniósł mnie, ale rozmawiałam z Panem Jezusem”. Wiecie co? Ja sobie zdałem sprawę – kobieta starsza, osiem godzin na podłodze. Mogłaby powiedzieć: „Proszę księdza, jestem tu sama, nikt mi nie pomoże, spadłam z łóżka, leżałam na zimnej podłodze”. A ona rozmawiała z Jezusem. Inna perspektywa. Ja nieraz mam trudność – tam, gdzie mieszkam, jestem w pokoju, a po drugiej stronie jest kaplica, tylko wyjść z pokoju do kaplicy. A człowiek tak sobie ładnie w fotelu siądzie, zaśnie jeszcze na modlitwie i się tłumaczy, że zmęczony. A ta babcia na podłodze rozmawiała z Jezusem. Dlatego dla mnie, kiedy nie mam czasu na adorację, to mówię, że to dla mnie dzień zmarnowany. Lubię nieraz pójść do kaplicy. Staram się codziennie, choć to jest walka, pójść, wystawić Pana Jezusa i Go adorować. Mieliśmy tu adorację codziennie, więc Panu Bogu za to dziękuję, bo dla mnie to najszczęśliwszy czas, kiedy tu mogłem w obliczu Jezusa wystawionego do adoracji spowiadać.

Miej czas dla Jezusa. Wiecie, ostatnio tacy znajomi napisali wiadomość, bo chcą mieć drugie dziecko. Akurat jakieś trudności się pojawiły, z pierwszym dzieciątkiem też tak było. Modliliśmy się nawet przez Internet i się okazało, że dzieciątko się pojawiło. Dzisiaj widzą, że mają kolejny problem. Zadzwonili. Są z Wrocławia i pytają: „To ksiądz nadal w Przemyślu?”. Ja mówię: „A teraz jestem koło Wrocławia”. Ciekawe, nie? Co się okazało? Przyjechali do mnie, mieli pięćdziesiąt kilometrów. A co jeszcze? Ja do niego oddzwoniłem – wiecie, gdzie on był? To było koło dwudziestej drugiej, bo też wróciłem z posługi, tak jak tu wracałem. Mówię sobie: oddzwonię. „Proszę księdza, jestem w kaplicy”. Popatrzcie – mąż, tata, poszedł do kaplicy. „Proszę księdza, jestem na dworcu”. Tu jest kaplica całodobowa. Żona, dzieci usnęły, a on poszedł do kaplicy. Dobre, nie? Szukacie takich rozwiązań. Macie takie pomysły? Oni jeszcze nie mają trzydziestu lat, a już mają czas dla Boga.

Znam takie małżeństwo, że on rano wstaje pół godziny wcześniej przed pracą, jeszcze przed śniadaniem, i czyta Pismo Święte. Wieczorem zajmuje się dziećmi, a żona wtedy czyta Pismo Święte. Macie takie pomysły? Ja mam takich znajomych. Spotykam się z nimi, rozmawiamy, otwieramy Pismo Święte, czytamy. Mamy być jedno z Jezusem.

Ja kiedyś jeździłem po sklepach, oglądałem, co jest na półkach – to była moja adoracja. Świat nas kusi wieloma rzeczami. Telewizora nie mam od dwunastu lat. Kiedyś przyjechali do mnie małżonkowie – pokłóceni. Wziąłem ich do kaplicy, wystawiłem Pana Jezusa, postawiłem dwa krzesła przed Panem Jezusem. Mówię: „Tu się dogadajcie”. A ja za nimi klęczałem i się za nich modliłem. Nie mówię, że robię coś nadzwyczajnego, ale takie Pan Bóg daje mi pomysły. Też tu macie wiele pomysłów w tej parafii. Korzystajcie z nich, aby być przy sercu Jezusa, być z Nim jedno, by zaczerpnąć z miłości tego serca, by wreszcie tą miłością żyć, by tą miłością się wspierać w swoich rodzinach, wśród bliskich, dawać świadectwo, rozmawiać o Jezusie.

Mnie dziwiło, że u mnie w rodzinie było tak, że jak wyjechałem, to dopiero alkohol wyciągnęli na stół. Powiedziałem im potem: „Jak chcecie udawać przede mną, to ja na święta nie będę przyjeżdżał. Po co szopkę robić?. Nie trzeba szopki robić, bo szopkę sami robicie, jak się mnie wstydzicie. Co to za święta?” Wyciągnij Pismo Święte, rozmawiaj o Bożym Narodzeniu na Boże Narodzenie, a na Wielkanoc rozmawiaj o zmartwychwstaniu Jezusa. Porozmawiaj, co tam w pracy, co tam u znajomych i tak dalej. Ale nie mów „na zdrowie”, tylko zaproponuj: „Słuchaj, może odmówimy Koronkę do Bożego Miłosierdzia”. „O, jakiś jesteś dziwny”. Nie, to ja jestem normalny, ty jesteś dziwny, że się nie chcesz modlić, bo póki co to ty jesteś chrześcijaninem, a wstydzisz się modlić.

Wyciągnijcie Pismo Święte, przeczytajcie perykopę, porozmawiajcie, co tam się działo w ogrodzie, po zmartwychwstaniu, kogo Pan Jezus spotkał. Rozmawialiście tak w rodzinie na Wielkanoc? Czytaliście te perykopy? Jak Jezus spotyka się jako Zmartwychwstały? To są święta Jezusa. To są święta nie po to, żeby się napić, tylko święta po to, żeby ożywić swoją wiarę. Nie wiem, dla mnie to są takie święta. Stawiajcie poprzeczkę jeszcze wyżej, aby trwać przy Jezusie. „Odrzućcie od siebie wszystkie grzechy i uczyńcie sobie nowe serce i nowego ducha”. Potrzeba nam tej nowości, bracia i siostry, aby świat nas nie przytłoczył, abyśmy na nowo nie zostawili Jezusa. Znacie to: święta, święta i po świętach. Jest przejedzenie. Ale co z tego, że ktoś dwa dni pójdzie do Komunii Świętej, a potem zostawi Jezusa na kolejne święta? Co to za święta? Wiecie, kiedy są święta? Kiedy przyjmujesz Jezusa do serca. Wtedy jest święto. A święto może być w twoim życiu codziennie. Jak przeżywacie swoje urodziny raz w roku, – jeden dzień i mając te urodziny, żyjecie cały rok, zgadza się? Ten jeden dzień jest radosny dla bliskich, dla rodziny, dla prezentów, dla tortu. I tak samo jest ze świętami. One są raz w roku, żeby nam przypomnieć tę prawdę i tą prawdą żyć cały rok.

To tak jak ktoś mi mówi: „Proszę księdza, ja się raz w roku spowiadam”. Dobrze, ale cały rok żyjesz w stanie łaski uświęcającej? Może być tak? Robisz raz w roku generalne porządki – to niech te porządki wystarczą ci na cały rok, prawda? Po to są święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy, żeby tą prawdą żyć cały rok – że Bóg się rodzi i zmartwychwstaje, żeby mnie zbawić, więc ja tym żyję cały rok. Dbam o stan łaski uświęcającej, jestem w jedności, On jest moim Zbawicielem i o tę jedność dbam z bliskimi, z którymi żyję na co dzień. Tego wam z głębi serca życzę. Amen.

10. Kazanie – niedziela palmowa

Umiłowani w Chrystusie Panu, drodzy kapłani, kochani małżonkowie, rodzice z dziećmi, bracia i siostry – to doświadczenie dzisiejszej niedzieli gromadzi nas przy Chrystusie. Zawsze nas gromadzi przy Chrystusie. Dzisiaj przenosimy się do tego ważnego momentu, kiedy Jezus wjeżdża na osiołku. Można zapytać: Na osiołku? Przecież wielcy i zamożni wjeżdżali na koniach, żeby pokazać swoją potęgę. A gdy czytamy Pismo Święte, okazuje się, że królowie Izraela wjeżdżali na osiołku. Tak czynił na przykład Salomon. Ten wjazd na osiołku ma nam pokazać, że Jezus przychodzi jako Król. I dzisiaj chcemy podjąć decyzję, czy On będzie naszym Królem.

On króluje miłością, ma serce, które kocha. On przychodzi ze Wschodu. Ciekawe – wjazd do Jerozolimy był od Wschodu. Popatrzcie: po nocy wschodzi słońce, Bóg przychodzi ze światłem. Zauważcie, że teraz, kiedy wiosna się budzi, czas mamy przesunięty, będzie więcej światła. Nawet przyroda nam o tym podpowiada. I ufam, że ten czas misji pozwoli nam na to, że właśnie Jezus obudzi nas do życia. Bo przyroda też się budzi do życia, ale my mamy obudzić się do życia z wiary.

Kładą płaszcze i gałązki pod Nim. My też mamy gałązki. I to był znak. Jeżeli król wjeżdżał na osiołku, a ludzie kładli swoje szaty i gałązki oliwne, to oddawali siebie, oddawali się pod panowanie króla. Co my robiliśmy w czasie tych misji? Oddawaliśmy swoje sprawy Jezusowi. Wywyższyliśmy krzyż, a dzisiaj przy Gorzkich Żalach chcemy zawierzyć się Jego mocy, Jego panowaniu, Jego miłosierdziu.

I jeszcze jeden akcent – okrzyk radosnego „Hosanna”. To znaczy z języka hebrajskiego: „Wybaw, prosimy”. To wielkie wołanie ludu: „Wybaw, prosimy”. Izraelici czekali na Króla, na Mesjasza, więc przyjmują Jezusa i chcą, żeby On ich wybawił. My też w czasie tych misji przylgnęliśmy do Serca Zbawiciela, które jest tu nam ukazane w tej świątyni w sposób szczególny, w tym obrazie, aby Jezus nas wybawił mocą miłości. Mam nadzieję, że ci, którzy wczoraj tu byli wieczorem, tego doświadczyli. Ręka do góry – kto wczoraj doświadczył namacalnego dotyku Bożej miłości?

Przed chwilą dostałem wiadomość z wczorajszej posługi: „Z całego serca dziękuję za wczorajszą posługę. To był piękny czas Bożej miłości. Ostatnio przeżywam trochę ciężki czas duchowy i fizyczny. Jechałam na posługę trochę na siłę, ale Pan jest cudowny i wierzę, że zesłał ogrom łask nie tylko dla omadlanych, ale i dla mnie. Posługa była dla mnie jakby odrodzeniem mojej duszy. Duch Święty odsunął głaz mojej duszy, do której weszło światło, nadzieja i ogrom Bożej miłości. Niech Pan błogosławi szczerze każdego dnia. Bogu niech będą dzięki. Dobrej, pięknej niedzieli i pysznych lodów na deser”. Ci, którzy do was przyjechali, też tego potrzebowali. A niektórzy wychodzili, bo się dziwili, co tu się dzieje. Tu się dzieje miłość, bo tu przychodzi Zbawiciel. Jeżeli tak się nigdy nie modliłeś, to gdzie jest twoja wiara umocniona sakramentami, spowiedzią, Eucharystią, różańcem, Drogą Krzyżową, a wreszcie wołaniem o Ducha Świętego? To jest chrześcijaństwo – pełne radości, pełne życia. Do tego zaprasza nas Jezus.

Bracie i siostro, tak jak tydzień temu dziękowaliśmy za chrzest, w którym Bóg nas wybrał i odrodził do życia w łasce, tak dzisiaj dziękujemy za Jego krew, która się przelała dla naszego zbawienia, nas oczyściła i zbawiła. Nie wystarczy mieć palmę w ręku. Trzeba mieć Jezusa w sercu. Palma uschnie, ale jeżeli twoja wiara uschnie, to ta palma ci się na nic nie przyda. Nawet jeżeli dzisiaj z nią przyszedłeś.

Dlatego zaproszę was dzisiaj przy Komunii Świętej, żebyście przyjęli Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Żebyście dzisiaj, w godzinie miłosierdzia, stanęli pod krzyżem i wybrali Jezusa jako Zbawiciela, i z Nim szli przez życie. Bo ci, którzy wołali „Hosanna”, później wołali: „Ukrzyżuj”. Pamiętam, na innym egzorcyzmie demon przez osobę opętaną wykrzyczał: „To ja wołałem: Ukrzyżuj!”. Jak słucham tych słów Ewangelii, to ciarki mnie przechodzą. Co potrafi szatan zrobić z naszym życiem… Oby tak nie było z waszym życiem po tych misjach, że tu radość, euforia, super misje, a teraz… teraz będzie sprawdzian. Bo tutaj ważny jest nie ksiądz Piotr, ale Pan Jezus. Teraz macie żyć Jezusem nie tylko na święta, ale przez cały rok. Żeby nie było tak, jak słyszeliście na początku – Judasz, uczeń Jezusa, było pięknie, był blisko Niego, a potem pod pięknym gestem pocałunku, kryje się zdrada. Oby nie było tak, że wielu przyjdzie w Wielki Piątek całować krzyż jak Judasz, bez Boga w sercu. Dziękuję tym, którzy w czasie misji tutaj przyszli całować krzyż. Uczynili to z wiarą, z miłością. Oby nie było tak w Wielki Piątek, że będziecie całować krzyż, w rocznicę konsekracji tej świątyni, a po świętach będzie życie w grzechu. To będzie pocałunek zdrady, a nie pocałunek miłości.

Niech to będzie pocałunek miłości, z którą – tą miłością Serca Bożego – zostaniecie po świętach. Żeby nie było tak, że będą święta, święta i po świętach – z przejedzenia, z przepicia, z tego wszystkiego – wrócimy do grzechu. Wiecie, kiedy są prawdziwe święta? Kiedy w sercu jest Jezus. Tego wam życzę, żeby On tam naprawdę pozostał. A znak krzyża, który będziecie mieli przy sobie, niech będzie znakiem przylgnięcia do Zbawiciela w codzienności, a kiedyś, w momencie śmierci, trzymając w ręku nie ozdobną palmę, ale krzyż, oddamy pokłon przychodzącemu Panu.

Biegnijmy Mu na spotkanie z hymnem i pieśnią uwielbienia. Wołajmy radośnie do Niego. Niech będzie Pan błogosławiony teraz i na wieki wieków. Amen.

11. Kazanie pasyjne 2

Z Ewangelii według świętego Jana: „Ponieważ był to dzień przygotowania Paschy, aby ciała nie wisiały na krzyżach w szabat – był to bowiem uroczysty dzień szabatu – Żydzi poprosili Piłata o połamanie nóg skazańcom i usunięcie ich. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie pierwszemu, a potem drugiemu, którzy byli z Nim ukrzyżowani. Gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że On już nie żyje, nie połamali Mu goleni. Natomiast jeden z żołnierzy włócznią przebił Jego bok, z którego zaraz wypłynęła krew i woda. O tym daje świadectwo ten, który to widział, a jego świadectwo jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy uwierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: «Nie będziecie łamać Jego kości». Pismo mówi też w innym miejscu: «Będą patrzeć na Tego, którego przebili»”.

Umiłowani w Chrystusie Panu, bracia i siostry. Niedziela Męki Pańskiej jakby domyka tę szczególną drogę, którą z Opatrzności Bożej rozpoczęliśmy tydzień temu. Rozpoczęliśmy od wdzięczności za chrzest. Jesteśmy zanurzeni w wodzie chrztu i mamy życie z Boga, jesteśmy Jego dziećmi, mamy wiarę, nadzieję, miłość, zdolność do tego, by Bogu ufać, pragnąć Jego Królestwa i żyć w miłości do Boga i drugiego człowieka. Wiemy, że grzech nam przeszkadza w tym wszystkim, ale na tej drodze świętości możemy podążać za zwycięskim Zbawicielem, Pasterzem, który nas gromadzi wokół siebie z rozproszonego ludu. To była nasza droga, w tym jednym zdaniu. Ci, którzy przeżyli ten czas, wiedzą, co to znaczy.

I dzisiaj pozwoliliście, przyjmując Komunię Świętą, a ci, którzy będą na Mszy Świętej, po tym naszym nabożeństwie, zaprosić Jezusa do serca, aby już wjechał nie do Jerozolimy, ale by był w moim sercu, przyszedł do mojego serca. Tę decyzję podjęliście. A teraz chcemy się schronić w promieniach miłosierdzia, bo tak jak tydzień temu był strumień wody, tak dzisiaj, kiedy Kościół sprawuje Niedzielę Palmową, Niedzielę ku czci Męki Pańskiej, patrzy na to, jak Jezus oddał życie, przelał krew. Woda, krew. Co wam to przypomina? Miłosierdzie, które wypływa z Najświętszego Serca Jezusowego. Kiedy w czasie koronki do Bożego Miłosierdzia mówimy: „O Krwi i Wodo, któraś wypłynęła z Najświętszego Serca Jezusowego”, i za chwilę to zawołamy. Ona teraz wypływa, kiedy patrzymy na Jezusa i przyjmujemy Jego łaski, i kiedy staniemy pod krzyżem, aby oddać się mocy tej łaski.

Bracie, siostro, mając chrzest – promień wody – i żyjąc Eucharystią, gdzie krew jest przelewana codziennie na ołtarzu, jesteś bezpieczny w swoim życiu. Problem jest w tym, że my mamy chrzest, to, co wam mówiłem, ale czy my żyjemy Eucharystią? Bo to, że przyjdę na Mszę Świętą, to każdy może przyjść – jak do sklepu, posiedzieć, jak w teatrze, pooglądać i wyjść. Ale czy ja zanurzę się w Krwi Chrystusa? Czy ja przyjmę Jego Ciało ofiarowane na krzyżu i się zjednoczę z tą męką? Tu jest wyzwanie dla mnie, dla was, dla mnie i kapłanów z tej strony, dla was z tamtej strony. My, biorąc Chrystusa i dając Go wam, wy, przyjmując Go, abyśmy żyli w promieniu wody chrztu i w promieniu Krwi Eucharystii. I diabeł nie ma dostępu.

„Będą patrzeć na Tego, którego przebili”. Drodzy bracia i siostry, życzę wam, byście już po tych misjach patrzyli na Jezusa. Dlatego macie krzyż. Patrzcie na Jezusa w domu, przy modlitwie, przy rozmowach, w trudnościach, zmaganiach, abyście kiedyś, kiedy wam dadzą go do trumny, mogli zobaczyć Jezusa, który wyjdzie po was jako Król i Zbawiciel. Z Jezusem przejść przez życie, z krzyżem w ręku, z krzyżem w sercu, skryci w promieniach miłosierdzia, które wypływają z Jego przebitego boku, z Najświętszego Serca Zbawiciela. I pewnie ten zakątek Pan Bóg nam tu daje, że pod patronatem Jego Serca możemy przy tym Sercu pozostać, z tego Serca zaczerpnąć, do tego Serca się przytulić, w tym Sercu złożyć nasze życie, w tym Sercu przyjąć moc miłości.

Wiecie, czego diabeł nie znosi najbardziej? Czułości, ojcostwa. Kiedy ksiądz prałat Rajchel całował czoło, przytulał, demon mówił: „Nie rób tak, to jest wstrętne”. Diabeł nie lubi miłości. Przytul kogoś, kto cię wkurzył. Pocałuj kogoś, kto cię zdenerwował. Powiedz do kogoś, kto cię przeklina: „Kocham cię, odkładam to wszystko”. Złam tę moc złego miłością. Łatwo się przeklina, łatwo się denerwuje, łatwo się narzeka. Miłość pokona szatana. Sam nie dasz rady. Wyjdź z Jezusem w sercu i ze znakiem krzyża. Do tego was zapraszam. Po to tu jesteście. Po to ten czas misji, po to to miejsce uświęcone dziesięć lat temu, abyście w najbliższy Wielki Piątek, kiedy będzie rocznica konsekracji tej świątyni – u Boga nie ma przypadków – kiedy będziemy przeżywać tajemnicę tej wielkiej tragedii, którą człowiek Bogu zadał, przebił Mu bok, my będziemy przeżywać liturgię Męki Pańskiej, śmierć Jezusa, i dziękować za to, że w tym miejscu dziesięć lat temu te mury zostały konsekrowane i tu możemy doświadczać zbawczych owoców Jego świętej męki.

To wtedy, kiedy będzie tutaj leżał ksiądz proboszcz, ojciec parafii położy się tutaj w tym znaku krzyża i będzie prosił, by Boże miłosierdzie rozlało się w waszych sercach. A zwłaszcza kiedy będziecie podchodzić i całować krzyż naszego Pana i Zbawiciela, kiedy będziecie przyjmować Go w darze Komunii Świętej, żeby to był pocałunek miłości, a nie zdrady.

Słyszeliście dzisiaj Mękę. Jest tam taki opis, że Jezus powiedział, kim jest, że jest Synem Bożym. Co zrobił najwyższy kapłan? Rozdarł szaty i powiedział: „Zbluźnił”. Jest taki piękny obraz Serca Jezusa, że Jezus się odsłania, a człowiek rozdziera szatę. Kiedy się rozdziera szatę? Kiedy się mówi: „Zgrzeszyłeś, bracie i siostro, człowieku, zgrzeszyłeś”. A co mówi Jezus? „Ja mam dla ciebie miłość, Ja cię kocham”. To jest prawda o miłości Boga. My grzeszymy, On nas kochał, kocha i kochać będzie.

Jeżeli ci ktoś powiedział w życiu coś innego, jeżeli ci nie pokazał miłości, jeżeli cię oszukał, okłamał, wykorzystał, to wiedz o tym, że Jezus cię kochał, kocha i kochać będzie. Bóg się na ciebie nigdy nie obrazi. Człowiek tak, a jeszcze drugi ci dokopie. Bóg co zrobi? Wyciągnie ręce i powie: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Obejmie cię miłością. Taki jest Bóg. Znasz takiego Boga? Jak nie znasz takiego Boga, to wiedz o tym, że On dzisiaj tu jest i za chwilę ci pobłogosławi, żeby te więzy, które cię skrępowały w strachu, w obawach, kiedy nie doświadczyłeś miłości, rozwiązał, i chce żeby w tobie zapłonął ogień miłości, tak jak wczoraj prosiliśmy Ducha Świętego, żeby On się rozlał.

My przebijamy Bogu serce grzechami, a On wylewa zdrój łask, miłosierdzie. Niebywałe. Człowiek w raju zgrzeszył, dał się zwieść szatanowi. Jak się czyta pierwsze księgi Pisma Świętego, człowiek odchodzi od Boga, a Pan Bóg szuka sposobu, żeby człowiek mógł wrócić. Miłosierdzie, miłość Serca udziela się człowiekowi. Co byś zrobił, zrobiła, jak ktoś cię zdenerwuje, wkurzy i tak dalej? Dorzucisz do ognia czy pokochasz? Sam nie dasz rady, z Jezusem tak.

„Będą patrzeć na Tego, którego przebili”. Bracia i siostry, dzisiaj patrzmy na Jezusa, którego przebiliśmy grzechami, a On miłością i Sercem, w obfitości, w zdroju łaski. Niech ta miłość oczyści, uwolni, uzdrowi, uświęci, niech nas zbawi, niech nas poprowadzi przez życie do pełni szczęścia w Królestwie Miłości. Pozostając tu, przy Sercu Jezusa, wypatrujmy Serca, które będziemy oglądać kiedyś w niebie. Ja na to czekam. Czekacie na to?

O Krwi i Wodo, któraś wypłynęła z Najświętszego Serca Jezusowego, ufamy Tobie.